Śladami szkolnej lektury

mogiła powstańców
Bohatyrowicze. Mała, wymierająca wioska nad samym Niemnem. Kiedyś takie osady nazywano zaściankami. Nawet znaleźć ją niełatwo, bo drogę wskazuje... drogowskaz bez żadnej konkretnej informacji. Trzeba wiedzieć, że stojący sobie niemal w szczerym polu drewniany chłopek z urwaną ręką ma nam coś do powiedzenia. Gdyby naprawdę mówić potrafił rzekłby, że tę drugą kończynę z całej siły w bok wyciąga nie dla jakiegoś widzimisię, tylko po to, byśmy pojechali prościutko tam, gdzie ona pokazuje.
Wąska droga wiedzie w kępę drzew. Jedziemy więc i... trafiamy najpierw nad zakole Niemna. Przy jego brzegu kołysze się samotna łódka.
Na wzgórzu pośród drzew majaczy jakby głaz z krzyżem celującym w niebo. Obok mieni się coś kolorowego. Wspinamy się z ciekawością i już wiemy. Trafiliśmy idealnie.
„W głębi pod ciemną kolumną splecionych ze sobą jodeł, słupem padającego od nich cienia okryty, wznosił się niewysoki pagórek, kształt podługowaty i łagodne otoki mający, niby wał, niby kurhan, widocznie kiedyś rękami ludzkimi usypany jak i cała ta polana – niską, w nierówne kępy pogarbioną trawą obrosły.
Jan w milczeniu pagórek ten Justynie ukazał, ona też milcząc skinęła głową, wiedziała, że to zbiorowa mogiła.
- Ilu? – z cicha zapytała.
- Czterdziestu – odpowiedział, głowę znowu odkrył i kroku przyspieszył"
Stoimy nad opisywaną przez Orzeszkową mogiłą powstańców. Wyraźnie ktoś o nią dba. Jesteśmy w pobliżu Miniewicz (powieściowy Korczyn). Bohatyrowicze raptem o rzut beretem.
Tak, tak... chodzi o to samo miejsce, gdzie w XVI w. osiedli legendarni Jan i Cecylia, a tam „ziemię dzikiej puszczy odebrawszy, zawojowali ją nie mieczem i krwią, ale pracą i potem, (...) ojczyźnie bogactwa pomnażając." W dowód uznania król Zygmunt August nadał im nazwisko Bohatyrowicz, a potomni na mogiłce kolejny już piękny krzyż i pamiątkowe kamienie ustawili. Idzie się do niej wąwozem nazwanym imieniem Jana i Cecylii – dziś uznanym za pomnik przyrody. Kilka kroków za drewnianym płotkiem wije się malowniczo Niemen. Z wysokiej skarpy schody wiodą wprost do łódki.
W samej wsi niewielu pozostało mieszkańców. Kilka starszych kobiet, jeszcze mniej mężczyzn. Pierwsi, których spotykamy, to Teresa i Tadeusz Bohatyrowiczowie. Z tych samych Bohatyrowiczów, których opisywała pani Eliza. Widzą nas po raz pierwszy w życiu, mimo to nie bacząc na nic od razu ofiarowują gościnę. Jeżeli tylko mamy ochotę, to stareńka chałupa rodziców pani Teresy jest do naszej dyspozycji.
- Może wygód w niej nie ma, ale przecież od dawna nikt tam nie mieszka.
Drewniana, cudna, pomalowana na niebiesko, z fantastycznym ganeczkiem prowadzącym wprost do sadu...
- Tam w sadzie pyszne jabłka... rwijcie... jedzcie... - śmieje się pani Teresa.
Jak tu odmówić? Zostajemy więc. Pstrykamy zdjęcia na uroczym ganku. Rozpalamy wieczorne ognisko. Gospodarze przychodzą z grubą na cztery palce słoniną i świeżutkimi jajkami. Są też pomidory prosto w ogrodu, cebula. Sało rozpływa się w ustach. Gwarzymy nie patrząc na zegarki. Cudnie jest. Życie jest piękne.
Przed północą, wiedzeni impulsem wybieramy się do legendarnej mogiłki. Wąwóz oświetlony nikłym blaskiem księżyca. W dłoniach trzymamy świece na komary (o latarkach nawet nie pomyśleliśmy). Wrażenie... niesamowite. Wrócimy tam rano. Staniemy przed napisem „Jan i Cecylia. Rok 1540. Memento mori" i zadumamy się... bo słowa tu niepotrzebne.
Pani Teresa poświęca nam cały dzień. Oprowadza. Opowiada.
- Tu stoi dwór, gdzie pisarka przyjeżdżała na wakacje. O, w tej piwnicy to jeszcze po wojnie jabłka się przechowywali. A tu była ławeczka z widokiem na Niemen. Orzeszkowa lubiła na niej siadywać i pisać.
Tu powstawało „Nad Niemnem". Tu układały się w głowie kolejne rozdziały powieści.
Oj, jak nie chce się wyjeżdżać... siadamy więc przed podróżą - jak stary zwyczaj każe - na ławeczce przed domem. Gospodarze gościńczyk na drogę szykują. Na nic nasze opory. Wyjeżdżamy z bagażnikiem wypełnionym niedużymi jabłkami z sadu.
- Bierzcie. U nas i tak nikt ich nie zje. Osypią się
Kiedy zanoszę je później do pracy, robią furorę. Dla wielu są niedościgłym smakiem dzieciństwa... gdzieś z Grodzieńszczyzny, Polesia, Wołynia...
Ruszamy wreszcie żegnani ciepłym:
- Zajeżdżajcie koniecznie! Zawsze, kiedy przyjdzie wam ochota.
... skorzystaliśmy więc... następnym razem...
Ps. Zdjecia są tylko skanem papierowych fotografii wyciągniętych z pęczniejącego wspomnieniami albumu, dlatego jakość ich pozostawia niestety wiele do życzenia. Pochodzą z czasów aparatu na kliszę, bardzo zresztą wysłużonego. Na niektórych kartonikach widać dziwne jasne plamy, nie zawsze dające się usunąć za pomocą retuszu. To ulatywała dusza naszego aparatu, zajechana do granic możliwości. Nadal wspominam go z sentymentem.















Kontakt:
Przeczytałam jednym tchem.
Jak zawsze pięknie, obrazowo napisane:))
Czytając miałam wrażenie,jak bym tam była,że to i moje wspomnienia.
Blog numer 1 na liście dotychczas publikowanych!!!
Bardzo podoba mi się ten blog.
Będę czytać na bieżąco.
Zgadza się - blog numer 1!
@zabol:Zgadza się - blog numer 1! :)
Dobrze, że gen rywalizacji jest mi obcy, bo Magmag tak wysoko postawiła poprzeczkę, że nie do przeskoczenia byłaby dla mnie :))
Dzięki, Magmag, Twoje wpisy zawsze czytam od deski do deski i z wielką przyjemnością :))
ja bym nie stawiała żadnych numerów
@Jamajka:Wszystkie blogi są świetne i każdy jedyny w swoim rodzaju :)
"- 6 " w dół???
@zabol:Przy mojej wypowiedzi???Komu nie podoba się niech napisze a nie anonimowo wrzuca łapy w dół! Odwagi nie macie???
Avatar
Ha Ha
Super!
Pani Magmag
Ciesze się, że pani powróciła.
Oczywiście ma pani we mnie stałą czytelniczkę. Uwielbiam czytać pani artykuły, a po ilości wystawionych zielonych łapek (13) i żadnej czerwonej sądzę , że nie jestem osamotniona.
Pozdrawiam
:)
@Ula1973:.. ale ja nigdzie nie odchodziłam.
Przy Ula1973 "- 6 " w dół
@Ula1973:Co w jej wypowiedzi nie pasuje???
Byłem
Byłem w Bohatyrowiczach w 2007 roku. Też rozmawialiśmy z potomkami słynnego rodu. Wszystko to prawda. Chętnie bym tam jeszcze pojechał. Dzięki za interesującą relację.
Sentymentalna opowieść
Sentymentalna, romantyczna opowieść. Nie znam tych terenów, nigdy tam nie byłem, jednak jako, że urodziłem się na Podolu, opowieści o Kresach Wschodnich zawsze czytam i słucham z łezką w oku. Opowieści w Pani wydaniu, zawsze są bardzo ciekawe, interesujące. Pozdrawiam serdecznie.
Nad Niemnem
Marysiu, gdybyś to Ty napisała „Nad Niemnem” przeczytałabym jednym tchem:) A tak męczyłam, męczyłam, a i tak niewiele pamiętam z tej lektury.
Miło Cię widzieć pośród mm-kowych blogowiczów:)
Podpisuję się również pod
Podpisuję się również pod innymi że Twój blog jest na pierwszym miejscu . Jak zwykle super , przeczytałam jednym tchem , dobrze że chociaż Ty jedna zostałaś na MM-ce która potrafisz przekazać swoje wiadomości innym . Brakuje jeszcze Meg która również potrafi przekazać swoją wiedze , myślę że wróci na MM-ke .
I fajnie , że redakcja
I fajnie , że redakcja wydobyła ten art. Wreszcie znalazłam czas, by poczytać. Twoje gawędziarstwo jest znane w dalekich nawet stronach:). I faktycznie ożywiłaś tę lekturę . A drewniany domek pomalowany na niebiesko zniewala. Ciekawe gdzie teraz buja dusza Twojego aparatu? pozdrawiam