Przedszkola cienko przędą, bo rodzice oszczędzają
Kłopoty z finansami mają niemal wszystkie przedszkola w Gorzowie. No, może poza placówką nr 2 przy ul. Drzymały. - Bo rodzice okazali się wyjątkowo zgodni i wyrozumiali. Płacą nam po staremu, czyli za cały dzień pobytu, bez rozliczania godzin - mówi dyr. Anna Mazurek.
- U nas jest super. Naprawdę. Nie odczuwamy żadnych zmian, nie spadły nasze przychody. Ale to dzięki temu, że rodzice zgodnie postanowili płacić na starych zasadach. Pewnie wielka w tym zasługa tego, że jesteśmy małą placówką i o zgodę nie jest trudno - mówiła nam wczoraj Anna Mazurek, dyrektorka przedszkola nr 2 przy ul. Drzymały. Ale to tylko wyjątek potwierdzający smutną regułę: - Nie jest kolorowo. Brakuje pieniędzy i wiem, że dyrektorzy muszą nieźle się starać, by dopinać budżety - przyznał nam wczoraj szef miejskiego wydziału edukacji Adam Kozłowski.
Skąd problemy? Kiedyś za przedszkole rodzice płacili ryczałtem. W sumie (opłata podstawowa i żywienie) wychodziło około 250 zł miesięcznie. Mieli zapewniony cały dzień opieki nad dzieckiem: przeciętnie od 7.30 do 17.00. Od nowego roku szkolnego, czyli od września 2011 r., zmieniły się zasady opłat. Teraz płaci się - około 120 zł - tylko za pięć godzin od 8.00 do 13.00. Żywienie daje kolejne 100 zł z kawałkiem, czyli w sumie łączna suma to teraz też ponad 200 zł. Jednak uwaga! Za każdą kolejną godzinę pobytu dziecka w przedszkolu powyżej wspomnianych pięciu godzin trzeba płacić dodatkowo. Rodzice w całym kraju mocno sprzeciwiali się zmianom. W niektórych miastach stawka za „nadgodzinę" wynosiła aż 5 zł. U nas radni ustalili ją na poziomie 2 zł (teraz dokładnie: 2 zł i 18 gr.). I co się okazało? Jeśli kiedyś większość rodziców przyprowadzała dzieci jak najwcześniej, a odbierała jak najpóźniej, tak dziś liczą oni każdą godzinę. - Mamy najnowsze dane o opłatach. Wie pan, ile w starym systemie było przychodów z opłat? Nawet po 500 tys. zł miesięcznie. Tymczasem w listopadzie z tego tytułu wpłynęło do przedszkoli 305 tys. zł. Jest naprawdę ciężko - wyliczał nam wczoraj dyr. Kozłowski.
Urzędnicy są w kropce. - Aby zaoszczędzić 2 zł, rodzice zabierają je do domu, niemalże wyrywając dzieci od stołów i kolegów. Rozsypują cały system nauczania - załamuje ręce Iwona Sancewicz, której w Urzędzie Miasta podlegają przedszkola. Rano i popołudniami grupy są łączone: starszaki bawią się z maluchami, bo dzieci jest mało, a przedszkoli nie stać na utrzymywanie opiekunki dla dwóch osób. Urzędnicy zastanawiają się już, czy nie zmienić siatki placówek. - Dwie byłyby wyłącznie pięciogodzinne, reszta opiekowałaby się dziećmi dłużej. Na razie obserwujemy i liczymy - dodaje Sancewicz.
Choć wiosną była wojna o miejsca w przedszkolach, to jednak teraz sale są zapełnione średnio w 70 proc., czyli trzech na dziesięciu przedszkolaków siedzi w domu. Co na to rodzice? Głosy są podzielone. - Wkurza mnie, że niektóre maluchy pojawiają się na 9.00, a znikają o 13.00. Jeśli ktoś pracuje, to potrzebuje przedszkola na dłużej. Teraz jasno widać, kto kombinował przy naborze. Czasami syn mi mówi, że od 15.00 do 17.00 był ze starszakami. Jak wychowawczyni ma w takich łączonych grupach uczyć porządnie maluchy w różnym wieku? - mówi tata czterolatka. Mama innego chłopca nie rozumie oskarżeń. - Płacenie za dodatkowe trzy godziny dziennie to sześć złotych. Pomnożę to przez 20 dni i wychodzi 120 zł. To dla mnie mnóstwo pieniędzy. Wolę poprosić teściową lub mamę, by przechowała syna przez godzinę czy dwie do mojego powrotu z pracy - mówi.
Czym skończą się problemy z opłatami? - Jeśli sytuacja będzie się przedstawiała cały czas tak fatalnie, przedszkola będą musiały dostosować do niej zatrudnienie - mówi dyr. Kozłowski. A Iwona Sancewicz ma nadzieję, że rodzice przejrzą na oczy. - Program dla maluchów jest rozpisany na minimum osiem godzin. Taka kiedyś była średnia ich pobytu - przypomina.
SKOMENTUJ
Czy warto zmieniać system opłat?

























Kontakt:
Problem z tego co słyszę
Problem z tego co słyszę powszechny. Potwierdza to jedynie tyle, miejsca w przedszkolach (pewnie i w żłobkach) są zajmowane przez dzieci, które tak naprawdę mają opiekę i nie są im potrzebne. Osoby, które nie mają z kim pozostawić swoich dzieci zostają z przysłowiową "ręką w nocniku" ale bez przedszkola czy żłobka. Normalnie pracujący rodzić nie jest w stanie zostawić swojego dziecka na mniej niż 8 godzin... bo jest w pracy. Skoro system się nie sprawdził z tymi nadgodzinami, powinien być zlikwidowany, zamiast długowiecznego debatowania, że kadry przedszkolne trzeba likwidować... po za tym od początku pomysł chory, kto ma te godziny sumować, zliczać i rozliczać... w przedszkolu mają zajmować się dzieckiem, nie ewidencją przebywania dziecka w przedszkolu!
;))
@Muminek:Zgodzę się tylko częściowo z wypowiedzią Muminka :). Nie zgadzam się z pierwszą częścią wypowiedzi. Otóż uważam, że ktoś, kto może zostawić dziecko na trzy, cztery godziny pod opieką mam/teściowych/babć, wcale nie musi być utożsamiany z tym, że ta sama rodzinna pomoc będzie na siłach 8, czy 9 godzin wytrzymać z nadenergetycznym dzieciem (myślę o swoim ;)). Moja teściowa, kochana Kobitka, ale nie wyobrażam sobie, by dzień w dzień miała dać sobie radę z tym żywym srebrem, skoro ja ledwie zipię ;)). Tak więc, jeśli musiałabym oddać Maję do przedszkola, a nie miałabym kasy na "nadgodziny", dałabym ją na 5 godzin, o resztę czasu prosząc rodzinę o wsparcie w wychowaniu :). Ale to ja.
Inna sprawa, że w ogóle uważam dyskusję na temat przez kogo są zajmowane przedszkola, za nie na miejscu. Przedszkola są dla dzieci. I każdy rodzic (podatnik) ma prawo móc to dziecię do przedszkola oddać, czy ma w rodzinie kogoś do opieki, czy nie, i czy stać go na opiekunkę, czy nie.
Zgoda pełna natomiast w drugiej części wypowiedzi Muminka - przedszkola nie powinny zajmować się ewidencją i skrupulatnym liczeniem minut, nie do tego są powołane.