Pożar w Metalowcu narobił wielkich szkód
Wczoraj w Metalowcu trwało wielkie sprzątanie. Remont korytarza będzie przeprowadzony za pieniądze z odszkodowania - hotel jest ubezpieczony. Na miejscu byli wczoraj m.in. pracownicy socjalni.
Metalowiec stoi na skraju miasta - przy wylocie na Myślibórz, kawałek od strefy ekonomicznej. Kiedyś nocowali tu robotnicy, dziś każdy, kto chce, ale najwięcej jest socjalnych mieszkań. Administruje budynkiem Zakład Gospodarki Mieszkaniowej.
Jeszcze w środę dyrektor ZGM Paweł Jakubowski mówił nam: - Na przeciwpożarowe remonty, nakazane przez straż, potrzebujemy ponad 1 mln zł. W budżecie miasta na 2012 r. jest jedna trzecia tej kwoty. Będę musiał kolejny raz poprosić o wydłużenie terminu na wykonanie zaleceń... - cytowaliśmy go w piątek. Teraz wątpliwym jest, czy straż się zgodzi.
Wezwani ratownicy dostali po 3.00 w nocy z piątku na sobotę. Na miejsce ruszyło aż pięć wozów i ponad 20 strażaków. Czemu tak dużo? Bo do wezwań związanych z potencjalnie wieloma zagrożonymi osobami (zakłady pracy, wieżowce, hotele właśnie) wysyła się spore siły.
Tym razem nie był to fałszywy alarm (jak ostatnio z czujek przeciwpożarowych w hotelu Qubus czy Gorzów). Paliło się na piętrze skrzydła z mieszkaniami socjalnymi Metalowca. - Cztery osoby trafiły do szpitala z objawami zatrucia. Siedem trzeba było ewakuować - powiedział nam oficer dyżurny lubuskiej komendy. Dodał, że w sumie pożar nie był taki groźny, bo udało się go szybko opanować. Jakie są straty? Na razie nie wiadomo, ale szacunki mówią o ponad 100 tys. zł. - Było sporo obaw. Tu są dzieci, każdy się bał, że ogień pójdzie dalej. Dobrze, że skończyło się na strachu - mówił nam przejęty jeden z lokatorów Metalowca. A skończyło się m.in. dzięki specjalnym drzwiom, które grodzą korytarze właśnie przed rozprzestrzeniającym się ogniem. To jedna z inwestycji wskazanych przez straż, którą ZGM wykonał w ostatnich latach.
Na miejscu zaraz po pożarze był dyr. Jakubowski. Z jego wstępnych ustaleń, jakie ma od pracowników, wynika, że w nocy ktoś zaczął dla zabawy igrać z ogniem i podpalał drobne wyposażenie na korytarzu hotelu. Potem okazało się, że tak właśnie wyglądała feralna noc.
- Zaczęło się od alarmu, który wznieciła jedna z czujek na korytarzu. Natychmiast zareagował ochroniarz, który ugasił płonący w przejściu wózek dziecięcy - mówi dyr. Jakubowski. Gdy jednak ochroniarz ugasił wózek i wrócił do stróżówki, ,,wyły'' kolejne urządzenia. Takiego ognia nie był już w stanie zwalczyć samodzielnie, a na miejsce jechała już straż pożarna.
Jest więc pewne, że było to podpalenie. A podpalacza szuka policja.
Tymczasem w Metalowcu trwały wczoraj prace porządkowe. Zakład czeka też na pieniądze z ubezpieczenia. Za nie przeprowadzony zostanie remont zniszczonego korytarza.
To nie pierwszy taki wypadek w Metalowcu. W lutym 2009 r. wybuchł tu pożar, który wywołała głupota jednego z lokatorów. Spłonęło jego mieszkanie i zniszczone zostały lokale dookoła. Wówczas ewakuowano aż 60 osób, ale akcja była prowadzona w dzień, a nie, jak teraz, nocą.
Jak podkreślają w ZGM, najważniejsze, że w weekendowym pożarze nie ucierpiały mieszkania. Dzięki temu nie trzeba było w trybie pilnym szukać dla pogorzelców dachu nad głową.
Tomasz Rusek


























Kontakt: