Niedzielne wybory parlamentarne przyniosły najgorszy rezultat dla Gorzowa od lat
Kiedyś, na przełomie XVIII i XIX wieku, żył sobie w Stanach Zjednoczonych niejaki Elbridge Gerry, który wybrany został na gubernatora stanu Massachusetts. Funkcja ta przypadła mu do gustu tak bardzo, że postanowił uczynić wszystko, aby uzyskać reelekcję. Jego poparcie zdążyło jednak spaść i ponowny tryumf wyborczym był wątpliwy. Wpadł więc Elbridge Gerry na pomysł znacznego zwiększenia swojego powodzenia wyborczego, który polegać miał na szczególnym ułożeniu granic okręgów wyborczych, aby w ten sposób w każdym z nich mieć szansę uzyskania przewagi przychylnych mu obywateli. Jak wymyślił, tak zrobił. W efekcie wyszły mu z tego geograficzne potworki, szybko przezwane przez dziennikarzy "salamandrami" z racji swoich pokracznych, wijących się kształtów. Elbridge Gerry dobrze na manipulacjach nie wyszedł, bo sprawa się wydała i cała afera zniosła go z urzędu. Jednakże gubernator nieświadomie zapisał się w annałach historii, albowiem z połączenia jego nazwiska i słowa salamandra (z ang. salamander) powstał używany do dziś eponim "gerrymandering", którym określa się manipulacje dokonywane przy wytyczaniu granic okręgów wyborczych w celu uzyskania korzystnego wyniku przez określony podmiot.
Cóż ten przydługawy wstęp ma do naszego województwa lubuskiego? Ano to, iż i my tu mamy do czynienia ze swoistym gerrymanderingiem. Nie są to jednak manipulacje sensu stricto, a raczej błędy i niedopatrzenia. Gdy bowiem w bólach rodziła się wizja województwa lubuskiego podczas wielkiej reformy administracyjnej z 1998 r., to żadna z zainteresowanych stron nie podniosła wówczas wprost i wyraźnie kwestii okręgów wyborczych w scalonym z gorzowskiego i zielonogórskiego województwie lubuskim. Dygniatrze, którzy 13 marca 1998 r. w Gościkowie-Paradyżu sygnowali swoimi nazwiskami słynną umowę, skupili się bowiem wyłącznie na granicach województwa lubuskiego i stołecznym podziale Marszałek/Wojewoda, zapominając całkowicie o tym, że przydałoby się jeszcze do warunków tworzonego województwa dorzucić i dwa odrębne okręgi wyborcze w wyborach parlamentarnych. O ile jednak dla reprezentantów południa mogło to być jedynie niewinne niedopatrzenie, to dla północy stanowi to do dziś wielkie zaniedbanie.
W efekcie lubuskie wpadło do tego samego wora co opolskie, podlaskie i świętokrzyskie, a z całego obszaru województwa uczyniono jeden jedyny okręg wyborczy. Co więcej, naszemu województwu przydzielona została najmniejsza pula reprezentantów do izby niższej parlamentu, a więc 12. Dla sztucznego i eksperymentalnego tworu, jakim bez wątpienia było (i nadal pozostaje) województwo lubuskie, stanowiło to wielką dolegliwość. Zabrakło tu tej przezorności, która sprawiła, że drugie rozdwojone województwo - kujawsko-pomorskie - miało dwa odrębne okręgi wyborcze: jeden dla Torunia, drugi dla Bydgoszczy. Jeżeli bowiem nie jest to widoczne, to przypomnieć trzeba, iż trzy pozostałe jednookręgowe województwa, czyli opolskie, podlaskie i świętokrzyskie, nie mają dziwnego kłopotu dwoistości swych władz.
Ofiarą lubuskiej jednookręgowości w wyborach parlamentarnych stał się Gorzów. Wepchnięty do województwa lubuskiego stracił ogromną część tradycyjnie bliskich sobie miejscowości ościennych. Wystarczy przypomnieć, iż województwo gorzowskie inkorporowano do lubuskiego po uprzednim wycięciu aż 13 gmin, które tworzyły dwa powiaty (choszczeński i myśliborski) plus gminy Międzychód i Miedzichowo. Dla porównania województwo zielonogórskie, przystępując do lubuskiego, utraciło tylko trzy gminy: Wolsztyn, Zbąszyń i Przemęt.
Na skutek przekształceń administracyjnych zmienił się także całkowicie potencjał wyborczy obu nowych stolic województwa lubuskiego. Gorzów utracił tysiące swoich naturalnych sprzymierzeńców, którzy wcieleni zostali do województwa zachodniopomorskiego i wielkopolskiego, podczas gdy podobny los w nawet najmniejszym stopniu nie dotknął Zielonej Góry.
Nagle - i dosyć niespodziewanie - ciężar województwa przesunięty został więc mocno na południe. Tam jest większa populacja, która w sposób naturalny związana jest z Zieloną Górą, a nie z Gorzowem. A okręg wyborczy pozostaje jeden.
Efekty naszego lubuskiego gerrymenderingu są dziś widoczne gołym okiem. Z dwunastu mandatów poselskich aż połowa pochodzi z Zielonej Góry (Bogusław Wontor, Józef Zych, Maciej Mroczek, Jerzy Materna, Bożena Bukiewicz i Waldemar Sługocki). Gorzów wprowadził do Sejmu połowę owej połowy, a więc trzy osoby: Elżbietę Rafalską, Krystynę Sibińską i Witolda Pahla. Pozostała trójka to zaś tercet egzotyczny, jest bowiem i północ (Bożena Sławiak z Sulęcina), jest i południe (Marek Ast ze Wschowy), jest i... spadochron (Stefan Niesiołowski z Łodzi).
Województwo, podzielone na dwie administracyjne stolice, zawsze będzie skonfliktowane wewnętrznie. Wieczne będą spory o podział pieniędzy, o patronat, o inicjatywy, o wsparcie. Nieuniknione też będzie "wtrącanie się w nieswoje sprawy", gdy wojewoda będzie miał coś do zrobienia na południu, a marszałek na północy. Dlatego też interesy obu stron trzeba w maksymalnym stopniu równoważyć. A jednym ze środków pozwalających to uczynić byłby sprawiedliwy podział okręgów wyborczych w taki sposób, aby zarówno południe, jak i północ, miały swoją właściwą reprezentację. Aktualnie zaś mamy do czynienia z - naturalną dla aktualnej sytuacji, lecz szkodliwą dla bytu lubuskiego - nadreprezentacją południowej części województwa. Potrzebne jest więc odnalezienie równowagi, przysłowiowego złotego środka.
Nawet wybory do Senatu, na nowych, jednomandatowych zasadach pokazały, iż Zielona Góra jest w obecnym podziale wyborczym faktycznie silniejsza, uzyskując de facto dwa fotele senatorskie dla Stanisława Iwana i Roberta Dowhana, podczas gdy Gorzów nie był w stanie - mimo ogromnego poparcia w samym mieście - uzyskać nominacji dla startującego niezależnie Władysława Komarnickiego, który uległ pochodzącej ze Śląska Helenie Hatce.
Zresztą casus Władysława Komarnickiego jest bardzo wymowny i pokazuje też winę i zaniedbania polityków z naszego miasta, którzy hermetycznie zamykają się w granicach samego Gorzowa. Gdy pierwsze wyniki z gorzowskich komisji "przeciekły" do sztabu KWW Władysława Komarnickiego, optymizm rósł i po północy rytualne cygaro zostało odpalone. Cóż jednak przyszło ostatecznie z tego, że prezes Stali Gorzów w mieście uzyskał imponujący wynik 44,16 proc., skoro w pozostałych powiatach okręgu odniósł klęskę, w tym także druzgoczącą w Słubiacach, gdzie Helena Hatka z wynikiem 49,99 proc. odrobiła stratę i to z nawiązką.
Tym samym niedzielne wybory parlamentarne przyniosły najgorszy rezultat dla Gorzowa od lat, jeżeli nie w ogóle od roku 1998. Efektem tego będzie postępująca marginalizacja interesów północy województwa, na rzecz południa. Oczywiście ilość nie idzie w parze z jakością, jednakże dla wywierania odpowiednio szerokich nacisków także i ona jest niezbędna. Wystarczy tylko przypomnieć, iż Zielona Góra ma swoich reprezentatów w każdej (!) partii Sejmu VII kadencji, Gorzów zaś tylko w dwóch z nich.
Chorobę więc już znamy, diagnoza została postawiona. Skutki na razie nieznane, lecz na pewno do przyjemnych dla Gorzowa nie będą należeć. Z pewnością zostanie co najmniej ból głowy. Recepta? Dwa odrębne okręgi wyborcze na wzór Torunia i Bydgoszczy.
Jest jednak jeszcze jedno wyjście... na wybory. Gorzowianom zabrakło raptem 7 głosów, aby w Sejmie zamiast Bogusława Wontora znalazł się Jan Kochanowski. To pokazuje dobitnie, iż wystarczyłaby frekwencja na poziomie chociażby 60 proc., aby mocno odmienić wyniki. Każdy procent to bowiem kolejne setki głosów na najbliższych regionowi reprezentantów. Tymczasem jednak tradycyjnie o Gorzowie Państwowa Komisja Wyborcza mówi, podając go jako przykład miasta z najniższą frekwencją wyborczą.
Dlatego też, odrobinę późno - lecz jak przysłowie mówi: lepiej niż wcale - apeluję do Gorzowian: chodźmy na wybory! Możemy na tym tylko skorzystać. Pozostając w gąszczu mądrości ludowych, warto być bowiem mądrym po szkodzie.



























Kontakt:
Wiele razy mówiło się o
Wiele razy mówiło się o niesprawiedliwym traktowaniu jednej z stolic woj. Lubuskiego. Lubimy o tym mówić i narzekać, a niedzielę los w dużej części był w naszych rękach, pokazaliśmy, że mamy to w nosie co się koło nas dzieje, nie potrafimy wspólnie zadziałać, zmobilizować się. Pewnie jednym też z powodów małego poparcia dla naszych kandydatów, było to, o czym mówiono wiele razy, nie mieliśmy takich, których wszyscy chcieliby poprzeć. A gdyby tak wszyscy poszli na wybory?
No cóż...
@Muminek:...pisałem o tym na końcu tekstu. Na pewno niska frekwencja walnie przyczynia się do takiej, a nie innej pozycji Gorzowa na politycznej mapie Polski.
Ciekawe skąd bierze się to zniechęcenie mieszkańców do wyborów? Czy aby na pewno nie ma na nie wpływu fakt, iż od 12 lat rządzi u nas ten sam prezydent miasta, a więc traci się poczucie, że jakiekolwiek wybory mogą coś zmienić?
Cóż prezydenta sami sobie
@Loop:Cóż prezydenta sami sobie wybraliśmy jednogłośnie więc myślę, że jesteśmy jako ogół z niego zadowoleni - może zwyczajnie nic ponadto nie jest nam potrzebne :-)
Myślę, że powodem niskiej frekwencji u nas w Gorzowie jest trochę nasza natura, jakoś nie jesteśmy skłonni zbytnio do jakiegoś wspólnego działania, widać to przy każdej akcji, gdzie ma uczestniczyć więcej osób. Zasadniczo myślę, że wpłynęła jednak głównie atmosfera związana z tymi wyborami, już wszystkie większe ugrupowania polityczne "przećwiczyliśmy", wszystkie nas zawiodły, popisały się gołosłowiem, niekonsekwencją w działaniu, skłonnością do działań głównie na pokaz. Więc jakby nie było na kogo głosować zarówno jeśli chodzi o fakcje polityczne jak i konkretne osoby - wielokrotnie się mówiło, że w Gorzowie z takimi wybitnymi osobami w polityce jest zawsze problem. Wydaje mi się, że ci co poszli zagłosować, to w dużej mierze zrobili to dla tego, że już nie chcieli kolejnej nic nie dającej zmiany władzy u sterów, kolejnych rozliczeń, przekształceń, zwalania winy za nieudane reformy. PO otrzymało kolejny mandat zaufania, jednak tym razem bez większych oczekiwań i z nadzieją, że za dużo nie zepsuje w gospodarce, która jakoś tam sobie radzi. PiS wydaje się bardzo solidnie przyczynił się do tego sukcesu, chyba wszyscy są spragnieni stabilizacji i spokoju, nikt nie chce konfliktów wewnętrznych ani zewnętrznych. Co warto podkreślić chyba ewenementem w naszej młodej demokracji jest to, że dwa razy pod rząd zwycięstwo odnosi ta sama partia - do tej pory byliśmy jak chorągiewki, raz w lewo raz w prawo. Plusem takiej sytuacji będzie, że w końcu będzie można kogoś rozliczyć za to co zrobił - miał ciągłość rządzenia i przynajmniej teoretycznie będzie szansa zakończyć coś co się rozpoczęło, może spełnić obietnicę z poprzednich wyborów. Ważne chyba, że taka sytuacja jest dobrze widziana za granicą.
Polactwo zagłosowało... co
Polactwo zagłosowało... co tam Gorzów, cała Polska tonie.
PS.
Tym co głosowali na psychola z Łodzi powinno sie łapy poucinać!
Errata do tekstu
Mimo zdjęcia dodanego przez redakcję, tekst nie dotyczy w 90% okoliczności, które na zdjęciu są przedstawione. Chcę to z góry zaznaczyć, żeby wątpliwości nie było :-)
A jak kogoś by to interesowało, to pierwotny tytuł (który bardzo mi do gustu przypadł :-) ) brzmiał: "Gerrymandering po lubusku".
...
@Loop:Dwie uwagi: świetny tekst, gratuluję. Co do tytułu - Pański zdaniem redakcji niewiele mówił, dzięki naszemu jest szansa, że cenny materiał zostanie lepiej wypozycjonowany w internecie. Pozdrawiam!