To nasz krzyk o onkologię
Bronisław Mierzwa ma 54 lata. Gorzowianin. Żonaty (kilka lat temu żona zachorowała na raka), dwóje dzieci i dwoje wnuków: dziewięcioletnia Wiktoria i cztery lata młodszy Maksymilian. Dziennikarz obywatelski naszego portalu społecznościowego Moje Miasto Gorzów.
- Ile podpisów jest już pod petycją wspierającą budowę radioterapii w Gorzowie?
- 5 tys. 615 i wciąż spływają. Już nie zbieramy podpisów, tylko je liczymy.
- Spodziewał się pan takiej reakcji?
- Spodziewałem się, że nie będzie sprzeciwu, ale takiego poparcia, nie. W ciągu ostatnich 10 dni ludzie przyłączali się spontanicznie. Ktoś ma rodzinę w Bogdańcu, więc tam wystawił listy. Panie z mojego kiosku Ruchu powiedziały „Panie Bronku, daj pan kartki, będziemy zbierać podpisy". Widziałem, jak na oddziale onkologii pacjentka z podłączoną chemią, ciągnęła za sobą kroplówkę na stojaczku i zbierała podpisy od innych pacjentów. To chwyciło mnie za serce. Ale to, co najbardziej zszokowało, to pewien pan, który kupował meble w sklepie, gdzie pracuję. Sprzedałem mu sofę, opowiedziałem o akcji i zapytałem, czy się podpisze. Powiedział, że kupił tę sofę, by na niej umrzeć, bo ma nowotwór. Chciał ostatnie dni spędzić z rodziną, w domu. Był z Dębna, podpisał się dla innych.
- A pan dlaczego się zaangażował?
- Z osobistych doświadczeń. Kilka lat temu na raka zachorowała moja żona. Operację i chemioterapię przeszła w szpitalu w Gorzowie. Gdyby ją ktoś zapytał, czy chce leczyć się w klinice w Poznaniu, czy gdzieś indziej, odpowiedziałaby, że nie. Dla niej najważniejsze było, że ma wokół siebie wsparcie bliskich. Ale na radioterapię musiała jeździć do Szczecina. I choć moja żona jest twardą osobą, widziałem, jak się kuliła w sobie na samą myśl, że ma tam jechać. Zawoziłem ją w poniedziałek i zostawiałem na kilka dni. Widziałem ludzi po naświetlaniach, byli tak słabi, że trzymali się ścian. Gdy odbierałem żonę, też była osłabiona i wycieńczona. A do tego zdołowana psychicznie, bo choć była pod opieką lekarza, nie miała nikogo bliskiego przy łóżku, kto podałby jej coś do picia, wsparł dobrym słowem. Chemię przeszliśmy razem - żona dożylnie, ja siedząc obok i trzymając ją za ręce. Przez radioterapię musiała przejść sama i było jej dużo trudniej. Gdyby mogła kontynuować leczenie na miejscu, byłaby w lepszej formie.
- Co dalej z petycją?
- 17 lutego podczas konferencji w Wojewódzkiej Poradni Onkologicznej chcemy ją przekazać panu prezydentowi, przewodniczącemu rady miasta, a także parlamentarzystom. To będzie nasz krzyk, że onkologię trzeba w mieście rozwijać.
- A może petycja powinna też trafić do pani marszałek, bo przecież Urząd Marszałkowski w Zielonej Górze jest właścicielem szpitala?
- I trafi. Myślę, że głos społeczeństwa, plus rzeczowa argumentacja, a także poparcie ze strony lokalnych władz i polityków sprawią, że pani marszałek spojrzy przychylnie na pomysł rozwijania onkologii w Gorzowie. My nie wskazujemy, gdzie to ma być zrobione, ani jak, bo od tego są mądrzejsi. Nie interesują nas też wojenki gorzowsko-zielonogórskie, nie jesteśmy wrogami Lubuskiego Centrum Onkologii w Zielonej Górze. Chcielibyśmy tylko mieć taki sam dostęp do leczenia, jak mieszkańcy południa województwa. A teraz nie mamy.
CO Z TĄ ONKOLOGIĄ
Od kilku tygodni trwa dyskusja nad dostępem mieszkańców Gorzowa do leczenia onkologicznego. Wywołał ją pomysł radnych i prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka, by w budynkach poszpitalnych przy ul. Warszawskiej utworzyć Gorzowskie Centrum Onkologii. Pomysł upadł co do miejsca inwestycji, ale debata nad onkologią w mieście trwa. Ostatnio głos zabrał wojewoda Marcin Jabłoński, przedstawiając opinie najważniejszych konsultantów w kraju, którzy popierają utworzenie w Gorzowie radioterapii.

























Kontakt:
Bronek trzymam kciuki aby Ci
Bronek trzymam kciuki aby Ci się udało zebrać jak najwięcej podpisów . Nie ma mnie w Gorzowie bo na pewno bym Ci pomogła . Centrum Onkologiczne powinno powstać po byłym szpitalu a nie szkoły . Mojej koleżanki córka ma tyle lat co mój syn 34 jest chora ma raka obecnie przechodzi już drugą chemioterapię , widzę jak się męczy . Nigdy nie wiadomo jaka choroba dopadnie nas , a żyć chcemy . Czy przez internet mogę złożyć swój podpis ? jeśli tak to gdzie szukać .Moja mama umarła na raka nie było ratunku a miała 58 lat .