Światopogląd człowieka stara się nadążyć za współczesnością i rozszerza się niczym czarna dziura. Łapie po drodze wszystko, selekcję zostawiając sobie na później. Może zresztą nigdy nie będzie na nią czasu… Czasami daje to niespodziewane efekty.
W nasze – tradycyjnie polskie święta – dziwnym trafem wmieszały się elementy tradycji i legend islandzkich. Pojęcia nie mam, jak to się stało? Czyżby namiętnie używane ostatnio oovoo pomyliło się gdzieś w eterze z elementami voodoo? Wszystkiemu winna choinka, po którą Małżonek wybrał się tradycyjnie dopiero w Wigilię.
Koło południa w naszym domu zagościło Drzewko. W jego przypadku „choinka” to za dużo powiedziane. Drapak jakiś z pięcioma czubkami.
- 20 zł zapłaciłem. Tylko – zameldował dumnie Pan Domu – Ledwo udało mi się znaleźć. Były same przysadziste, jak stara murzynka.
Mnie – opadły ręce. Drapak straszny, (ale pachniał pięknie). Mąż dumny, wnuk szczęśliwy…trudno. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Okrojony i pozbawiony większości czubków drapak wylądował w końcu na telewizorze. To też taka mała świąteczna tradycja. Przy gabarytach naszego największego pokoju i 10 osobach, które miały uczestniczyć w wigilijnej kolacji – inne rozwiązanie zwyczajnie nie wchodziło w grę.
To, co pozostało z rzeczonego Drzewka, przypominało bardziej wytwór Gaudiego albo Picassa, niż wspólne dzieło wnuka i dziadka. Całości „pikasowskiego” efektu dopełniało dyndadełko na końcu ocalałego czubka, które zwisało sobie wesoło spod sufitu, prowokując przy okazji kota.
Kot Momentem zwany, (czyli wnuczkowy „zwierz dziki”) swoje imię uzyskał nieprzypadkowo. Oddaje ono doskonale jego naturę, nic więc dziwnego, że przyjeżdżając do naszego domu w gości, już wcześniej zdążył się wykazać.
Z Panem Domu „na pieńku” miał już od zeszłego roku, kiedy skacząc z jednej witrynki na drugą, wylał po drodze wodę na telewizor. Miało to wprawdzie także dobre strony, bo dzięki temu „telepatrzydło” mamy już nowe, ale od tego czasu Moment i mój mąż traktują się z…ostrożnym szacunkiem, czyli ten mniejszy schodzi z drogi większemu.
Tegoroczna choinka musiała jednak pobudzić kocią wyobraźnię do tego stopnia, że przeobraził się w islandzkiego Kota Świątecznego. Stare tamtejsze legendy i zwyczaje nakazują, by każdy podczas Świąt miał na sobie coś nowego. Kto nie spełni tego warunku, naraża się na poważne niebezpieczeństwo i może zostać pożarty przez Kota Świątecznego. Jego właścicielka - Wiedźma Świąteczna Grýla – przemieszcza się po świecie w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci.
No i teraz nie wiem, czy mój mąż był za mało grzeczny, czy może za stary (na sobie miał przecież całkiem nowe szwy po drobnych zabiegach chirurgicznych), czy po prostu Moment zamienił się w Kota Świątecznego. Faktem jest, że kocisko, które ma całkowity zakaz wchodzenia do dużego pokoju, każdego ranka lądowało na brzuchu śpiącego pana domu. Kończyło się to zazwyczaj koncertowym wrzaskiem w wykonaniu obu i takim hałasem, że wszyscy domownicy zrywali się na równe nogi.
Święta na szczęście już się skończyły i Kot Świąteczny chyba opuścił Momenta. Domownicy jeszcze śpią, ja klepię sobie w klawiaturę, a poczciwe kocisko podziwia z wysokości parapetu dalekie widoki i wcale już nie przejawia zapędów złośliwej bestii. Ani chybi Grýla wróciła na Islandię razem ze swoim pomocnikiem. W przyszłym roku jednak trzeba się będzie zabezpieczyć…




