Mój Gorzów, jakiego już nie ma. Zbiornik p/pożarowy
W tle moja dawna ulica Nowotki, obecnie Orląt Lwowskich, zupełnie zmieniona obecnością Askany.
Jest też płot.
A za tym płotem była nasza wielka tajemnica w zbiorniku z wodą.
Oczywiście nie można było go porównać z ze zmysłową urodą kosodrzewinowego wzgórza z koszarami. Tam były nasze dziecięce wesołe igraszki.
Stąd rozchodził się tęskny zapach zielonej wilgoci, który wabił i kusił.
Mimo zakazu rodziców, często wbiegaliśmy na niewielkie wzniesienie, by obejrzeć nieruchomą powierzchnię wody.
Hamowaliśmy gwałtownie na grzbiecie pagórka. Stawaliśmy w zachwycie, bo w dole widać było wielkie kwadratowe oko.
W tym oku mieszkały chmury, codziennie inne. Niektóre uciekały przed nami, pewnie się nas bały. Szczególnie gdy jeden chłopiec chciał je zranić i wrzucał tam kamień. Wtedy chowały się w głębi wody. Czekaliśmy czy wypłyną. I czasami wypływały, ale zwykle miały już inny kształt i kolor. Pewnie przebierały się pod wodą w nowe suknie.
Kiedyś wymknęłam się z domu późnym wieczorem. I oczywiście pognałam w dół mojej ulicy, po trawiastym zboczu wzniesienia, prosto nad brzeg. I oniemiałam, bo z tego oka wyjrzały i mrugały do mnie najprawdziwsze gwiazdy.
Iluż dziwnych mieszkańców miało to magiczne zielone kwadratowe oko.
Widocznie i chmurom, i gwiazdom było zimno w tej wodzie, bo przykrywały się delikatną seledynową kołderką. Najpierw były tylko jej niewielkie strzępki. Ale nocą ktoś je zszywał, aż powstała duża puchata i cieplutka. Mieszkańcy wodnego zbiornika na pewno byli zadowoleni. Gdy jak zwykle staliśmy nad wodą, omawiając ten problem, podeszła jakaś pani i oznajmiła, że zbiornik zarasta wodnymi roślinami. Ale chyba nikt z nas nie uwierzył...
Chłopcy byli bardziej niż my, dziewczyny, zainteresowani owym kwadratowym okiem.
Aż kiedyś jeden chciał sprawdzić, co naprawdę kryje nasza woda, wpadł i został w tych chmurach i gwiazdach mieszkających w zbiorniku. Pewnie było mu dobrze, szczególnie że nakrywał się piękną zieloną kołderką.
Zupełnie nie wiem, dlaczego przychodziła tam jego mama i bardzo płakała.
Potem przyjechali panowie z rurami i wyssali wodę.
Zrobiło się smutno. Oglądałam gładkie skośne ściany, zwężające się z każdego boku do dołu tak, aż gdzieś daleko w głębi zrobił się maleńki dołeczek. Pokazały się też schodki prowadzące w dół.
Następnie inni panowie ogrodzili cały teren wokół naszego kwadratowego oka, zamontowali furtkę, którą zamknęli na łańcuch i kłódkę.
I to był już koniec. Gdzieś poleciało nasze kwadratowe oko.
Niektórzy mówili, że znaleziono je w innym miejscu Gorzowa. Ale nie sprawdzałam....
A teraz zobaczyłam w naszym brązowym i bardzo zniszczonym albumie stare zdjęcie. Wcale nie interesował mnie sfotografowany pochód pierwszomajowy.
Wpatrywałam się w to miejsce, gdzie drewniany pochylony płot. W moje miejsce z dzieciństwa, gdzie spędzałam dni, szukając chmur mieszkających w kwadratowym zielonym magicznym oku.



























Kontakt: