Makusyny - czyli jeszcze o Zbigniewie Czarnuchu
Czyż wzbierająca fala wyżu demograficznego nie wymaga wyjątkowych zabiegów wychowawczych? Nowe pokolenie, dzieci i wnuki pionierów, stanowią bez mała połowę mieszkańców miasta.
Zbigniew Czarnuch ściąga na siebie uwagę. Budzi zachwyty i protesty. Wśród pedagogów opinie są podzielone. Jedni twierdzą: fenomen, inni – zupełny wariat. Pytają: kim on właściwie chce być? Makarenką, Korczakiem? Czarnuch chce być przede wszystkim sobą.
Uczy historii. Zasłynął jednak głównie jako twórca harcerskiego szczepu Makusynów.
Makusyny – znaczy synowie Makuszyńskiego.
– Dużo czasu strawiłem – powiada Zbigniew Czarnuch – nad obrzędowością, wyborem patrona, nazwami zastępów. Sprawa jest zbyt poważna, by skazywać ją na przypadek.
Wybrali na swego patrona Kornela Makuszyńskiego – pisał kiedyś dziennikarz Świata Młodych. – Gdyby pan Kornel jeszcze żył, to z pewnością pisałby teraz z odcinka na odcinek, z tygodnia na tydzień powieść o swych zielonogórskich chłopakach, o ich cyrku Cudaków, najprzeróżniejszych wyprawach pod psem, o podwórkowych przedstawieniach dla całych gromad dzieciaków i stu pięciu innych sprawach.
– Dlaczego Makuszyński?
– Myślałem o możliwościach oddziaływania nie tylko postawą życiową, ale i czymś więcej. Pisarstwem. Stawiam za przykład wesołych, żądnych wiedzy, szukających przygód bohaterów autora „Wyprawy pod psem".
Wiem, że Czarnuch umie dogadać się z młodzieżą. I dlatego skłonna jestem uwierzyć w przydatność pisarza, który wydaje nam się cokolwiek archaiczny. Czy świat urwisów i szlachetnych oryginałów potrafi dziś porwać wyobraźnię dorastającego pokolenia? Makuszyński i beatlesi. Makuszyński i budowa lasera. Coś się nie zgadza w tym zestawieniu. Czy przemawia do nich, wysiadujących przed telewizorem, półdobroduszny uśmiech pisarza, jego humor zaprawiony odrobiną smutku?
A przecież Kornel Makuszyński okazał się przydatny.
Widziany oczami Czarnucha nabrał nowego wyrazu. Świat przygód z nieco innej epoki zaczyna zabudowywać się na nowo. Odzyskuje blask wszystko, co jest w tej twórczości wiecznie dziecięce, młodzieńcze: tęsknota za przygodą, głód uczuć, wiara w życie.
– Pani nie zauważyła, że na dnie każdej książki Makuszyńskiego kryje się optymizm?
Zbigniew Czarnuch objaśnia krótko swój pedagogiczny manifest.
– Chcę wychować człowieka zaangażowanego, zdolnego do przetworzenia świata.
Mój Boże – myślę – pierwszy lepszy aktywista wiejski snuje podobne objawienia.
Czarnuch uśmiecha się z ledwo dostrzegalną ironią.
– Rozumiem. To brzmi jak slogan. Czego chcę od wychowania? Młodzież szuka miejsca we współczesnym świecie. Lubić socjalizm, pojmować socjalizm – tego nauczy szkoła. Ale jak pracować w socjalizmie? W jaki sposób żyć? Chcę po prostu, żeby socjalizm nie był dla młodzieży tylko doktryną polityczno-filozoficzną, nauką, abstrakcją, lecz treścią działania. Młodzież lubi trudne walki, a my jej każemy zadowalać się grzecznością, odcinamy skrzydła. Nie robię nic nadzwyczajnego. Pomagam Makusynom odnaleźć siebie, odnosić maleńkie zwycięstwa i znosić potknięcia, klęski, przede wszystkim uczę krytycyzmu. Co leży u podłoża różnych małych świństewek, o których czasem głośno w prasie? Ludzie boją się, milczą. Szkolne pojęcie „piątka ze sprawowania” stało się oczywistym anachronizmem, zgodą wychowawcy na postawę: siedź cicho i potakuj. Ja bym raczej stawiał stopnie za uczestnictwo w życiu społecznym.
Druh Czarnuch jest niewysoki, chłopięcy. Należy do tego typu mężczyzn, którzy zostają wiecznie młodzi. W momencie gdy zaczynał makusyńską przygodę, nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Tyle w nim energii i witalności, że nie zdarzyło mi się zauważyć, by był kiedykolwiek zmęczony, chociaż kto inny na jego miejscu padałby z nóg. Ale mimo to Czarnuch nie sprawia wrażenia człowieka obdarzonego wewnętrzną siłą cechującą wszelkich przywódców.
Rozmowy z Czarnuchem nie są łatwe.
Ile razy próbuję wydobyć tajemnicę powodzenia jego pomysłów, wygłasza formułki. Jak nudny belfer.
– Właściwie wszystko sprowadza się do wyboru. Ze stu rzeczy wybieram coś, co jest jakimś krokiem naprzód, i każdy osiągnięty stopień stanowi odskocznię do następnego. W wychowawcy cenię trzy cechy: doświadczenie, wyobraźnię i... szczyptę aktorstwa.
Albo:
– Wszystko należy robić tak, jak na to pozwalają możliwości – tylko jeszcze lepiej.
To hasło, wypisane wielkimi literami, widziałam kiedyś na letnim obozie Makusynów.
Harcerze druha Czarnucha przeszli piechotą, przejeździli rowerami i samochodami, przepłynęli kajakami pół Polski. Gdzieś na szlaku koczowniczej włóczęgi poznali Jerzego Litwiniuka, poetę i tłumacza, który odtąd wiernie im towarzyszy. Układa libretta przedziwnych oper, songi i piosenki. Najwięcej sławy przysporzył Makusynom teatrzyk „Cudaki", niepodobny do żadnego innego zespołu dziecięcego w Polsce. Jest to żywiołowa zabawa w teatr, w cyrk, rewię, operetkę.
– Kładę nacisk na ekspresję, nastrój, na wydobycie z dziecka jego bezpośredniości i prostoty – oznajmia sam druh Czarnuch.
Zaczęło się od podwórkowego cyrku. Chłopcy rozbijali namiot z niewielką areną pośrodku, zapraszając tłumek dzieci.
OBYWATELE ŚWIEŻEGO POWIETRZA I ZIELONEJ TRAWKI, WYTRZESZCZAJCIE GAŁY, NASTAWCIE SŁUCHAWKI! ZACZYNAMY PRZEDSTAWIENIE NA ARENIE... TU CYRK AURORA I AURELIA, CZYLI ORYGINALNE TRUPY W GORSECIE NA MOTOCYKLACH. OPRÓCZ TEGO SZY-KARNA PROGRAMA MARCOWA. SKOKI PRZEZ PŁONĄCE KOŁO, CZŁOWIEK – OSIOŁ, BEZUSTANNY ŚMIECH, BEZDENNE KROWY, KTÓRE POŁYKAJĄ WSZYSTKO...
Właściwie mówiąc cały program był czarującą pantomimą, ruchem, czystą improwizacją na tematy cyrkowe. Mimo woli myślało się, że tak naśladuje akrobatów i żonglerów dobry klown i tak bawią się w cyrk dzieci.
Zbigniew Czarnuch wspomina:
– Zauważyłem skłonność chłopców do podrygów i rytmicznych gestów improwizowanych na poczekaniu. Co dalej? Podpowiadam zabawę w rewię i kabaret. Potrzeba nam krótkich tekstów, wpadających w ucho melodii i wiele ruchu.
Cudaki współtworzą teatrzyk. Przerabiają po swojemu gotowe teksty, układają własne. Urok tych występów polega na bezpretensjonalnym stylu. Żadnej minoderii, żadnego pozowania na aktorów. Wanda Chotomska powiada, że ze wszystkich zespołów harcerskich najbardziej podobają się jej Makusyny.
– Dlatego, że się bawią. A zarazem jest to przecież znakomita robota wychowawcza. Chłopak, który jest u nich konferansjerem, miał jakąś wadę dykcji. Mimo to, a może właśnie dlatego, Czarnuch wypchnął go do konferansjerki. Tak, to zespół bez primadonny. Ale za to Makusyny mają wyrobiony smak artystyczny, lubią dobrą piosenkę, grają ciekawe teksty.
Cudaki popisywały się wielokrotnie w telewizji, ba, w interwizji. Fakt ten obrasta w komentarze, nie zawsze przychylne.
–• Czarnuch szuka pochwał, uznania, reklamy. Kto by pomyślał, że można zrobić karierę, bawiąc się w teatrzyki?
Zwolennicy i przeciwnicy Czarnucha dostrzegają to, co jest zewnętrznym pokazem, formę. Widziałam, druh też się kapitalnie bawi występami najmłodszych Makusynów. Jest to rodzaj hobby. Ale ów samorodny teatr wyrasta z określonych koncepcji pedagogicznych. Nie sądzę, by mały konferansjer, o którym wspomina Chotomska, w wolnych chwilach ćwiczył wymowę z kamykami w ustach, z pewnością jednak nabrał przekonania, że świat nie został stworzony tylko dla najzdolniejszych. Czarnuch przyjmuje jako zasadę: Prześcignij siebie! Nie faworyzuje przeciętności kosztem talentów. Przeciwnie – zachęca przeciętnych do zadań ponad siły. Nic nowego pod słońcem? Ależ Czarnuch nie odkrywa pedagogicznej Ameryki.
Odkrył podwórka jako teren harcerskiej ekspansji. Nie pierwszy raz od początku świata, po raz pierwszy w Zielonej Górze. Podwórka to cały rozdział historii Makusynów. Rolę zwiadu* odegrały Cudaki z waganckim cyrkiem. Potem przyszła kolej na wspólne zabawy z dzieciarnią spoza drużyny. Zabawy, które były zawsze podchwytywaniem, podpatrywaniem mody panującej właśnie na podwórku. W Indian, w partyzantów, w wojnę polsko-• krzyżacką... Był konkurs rysunków na chodniku najruchliwszej ulicy, wystawa psów, maj-sterkowanie... Jeśli do tego dodać, że szturm na podwórka zrodził potrzebę urządzania harcówek, miejsc na spotkania pod dachem, łatwiej się pojmie znaczenie tego żywiołowego ruchu. Za harcówki służył raz stary gołębnik, to znów średniowieczna Wieża Głodowa. Na koniec ojcowie miasta podarowali Makusynom na harcówkę szklany domek, specjalnie wybudowany pawilon. I wtedy druh Czarnuch najbardziej zadziwił miasto. Makusyny wynoszą się z podwórek, odstępują harcówki innym drużynom. Porażka? Częściowa. Ponoć zawiedli starsi, dorośli, nie okazując grupom podwórkowym obiecywanej pomocy.
Na nieoczekiwany odwrót złożyło się sporo przyczyn. Drużyna wyrosła na szczep, świtał pomysł tworzenia drużyn specjalistycznych, wydorośleli wodzireje z podwórek – szli na studia, do wojska. Ale główna przyczyna tkwi zdaje się w programowych założeniach Czarnucha.
Powiada on:
– Nie raz spotykamy się z zarzutem, że wszystko zaczynamy, niczego nie kończymy. Ciągła improwizacja? Po trosze tak. W tym, co już osiągnęliśmy, tkwią zalążki czegoś zupełnie nowego. A młodzież nie znosi monotonii.
Ścieżki, którymi wędrowały Cudaki, porasta trawa zapomnienia.
Lecz pewnej wiosny nastąpił powrót Makusynów na podwórka. Co prawda w nieco odmiennej misji. „Sztab Główny" ogłosił wielką wojnę podwórkową. Wojnę z brudem. Sprzątaniem kierowały komitety obrony z komisarzami na czele. Każdej akcji towarzyszy odpowiedni rytuał. Po zabawie w porządki, która przyniosła coś pożytecznego i konkretnego, szczep wyprawił powitanie wiosny wedle starosłowiańskich obrzędów.
Co jakiś czas życie szczepu przełamuje raz utrwalone schematy.
Nie mam pojęcia, gdzie się podziało makusyńskie muzeum osobliwości z latającą skrzynią, rogami renifera, z wiatrakami poruszanymi świecą? Gdzie się podziały wyprawy na poszukiwanie prawdziwych wiatraków? Przez pięć lat z rzędu jeździli harcerze Czarnucha na wykopaliska do archeologów. Paru spośród nich studiuje teraz lub kończy archeologię. Pamiętam makusyński obóz rozbity obok rozkopanego grodziska. Podobozy nosiły nazwy:
Drakogród – osada słowiańska, Karczma, Trampogród, Wiek XX. Karczma była ośrodkiem wymiany, kupna, sprzedaży, rozrywki. W Trampogrodzie mieścił się hotel dla przyjezdnych dzieci z miasta i pobliskich wsi. Wiek XX zamieszkiwali obozowi technicy.
Innym razem obóz wzorował się na modelu gromadzkiej rady narodowej. Z referatami budownictwa, kultury, oświaty, z GS-em, kinem i pocztą. Obiegową monetą były „draki" i„grandy".
I najwyższy stopień wtajemniczenia – zabawa w państwo. Premier. Ministrowie, dyrektorzy departamentów. Wojsko, pieniądze i... szkoła mówców. Za niedopełnienie obowiązków czekała dyrektorów departamentów osobliwa kara: kontemplacja w namiocie sztabowym. Nie muszę dodawać, że funkcję premiera sprawował Czarnuch. Oto przykazania obozowej konstytucji:
KAŻDEMU – SZACUNEK I WYMAGANIA
NIE JESTEŚ SAM
PRZEŚCIGNIJ SIEBIE
JESTEŚMY KARNI, ALE SWOBODNI
JAK PRACA TO PRACA
Myślę, że przykazania zasługują na uwagę jako swoisty skrót wizji człowieka, obywatela. Praca, i to rzetelna, jest naczelnym obowiązkiem uczestników obozu. Dobrze wykonać swoją robotę – tylko tyle?
– Trzeba pamiętać – dodaje Czarnuch – że obóz zaszczepia instynkty pracy społecznej, przekazywania części własnego czasu i umiejętności na rzecz grupy, kolektywu.
Czarnuch uważa, że w epoce specjalizacji dużą rolę odgrywa włączanie młodzieży w życie praktyczne. Drużyna techników zna się na samochodach i na radiofonii, umie przeprowadzić linię telefoniczną. Czy tylko u Makusynów wiedza o technice ma być bazą nowego typu inteligenta, którego działalność nie może polegać – jak niegdyś – na elokwencji? Ale Czarnuch nie fetyszyzuje techniki. Stara się łączyć elementy nauk ścisłych i humanistycznych. – Makuszyński – powiada – był pisarzem, ten fakt nie powinien pozostać bez wpływu na nasz szczep.
I Makusyny piszą. Piszą kroniki i pamiętniki, układają księgę mądrości i księgę zasad i tradycji. To co w szkole jest obowiązkiem, przymusem – w drużynach staje się przyjemnością, Przed wyjazdem za granicę gromadzą informacje o kraju, w którym czeka ich międzynarodowy obóz, ślęczą w bibliotekach, wertują encyklopedie. To nic innego jak dopełnienie pracy szkolnej.
Niepospolitość Czarnucha polega chyba na tym, że wciąż szuka dalej, bada, obserwuje, wyciąga wnioski. Kiedy zdawało się, że nic już nie wymyśli, wynalazł ruiny zamku na stałe obozy. Leży ten zamek w Siedlisku na wysokim brzegu Odry, wśród gęstej zieleni. Aż po rok 1945 jego brama była opatrzona napisem: „Tą drogą wyjechał w dniu pierwszego września 1939 roku rotmistrz książę Schoenaich Beuthen-Carolath na wojnę przeciw wrogom narodu niemieckiego – Polsce. Powrócił jako zwycięzca". Ród Schoenaichów słynął z polakożerstwa.
Ani się spodziewał rotmistrz von Schoenaich, wracając z wrześniowej wyprawy; że w junkierskim gnieździe zadomowią się polskie harcerzyki. Związana z zamkiem legenda stokroć bardziej makabryczna od opowieści o białych paniach, które lubią nocą nawiedzać pałace, dostarcza Makusynom emocji i zabawy. Otóż . legenda głosi, że znany z rozbojów w czasie wojny trzydziestoletniej Fabian von Schoenaich co noc ucztuje w otoczeniu szkieletów. Niechby ktoś spróbował znaleźć się w roli Makusyna pełniącego wartę!
– Czarnuch? – mówiło się w Zielonej Górze – do niego wszystko podobne, on gotów nawet uwierzyć w duchy.
Czarnuch uwierzył w swoich Makusynów i porwał się na rzecz niewiarygodną. Harcerze odbudowują zamek, właściwie mówiąc ocalałe częściowo fragmenty. W kręgu przyciągania szczepu znajduje się od dawna wielu dorosłych mieszkańców miasta. Na makusyński apel pospieszyli z pomocą specjaliści. Czy emerytowany murarz pan Benedykt, który wieczorem po skończeniu pracy recytuje przy ognisku ułożony przez siebie wiersz o Maku-synach, nie jest żywcem wyjęty z powieści Makuszyńskiego? Dawna zamkowa kaplica służy za salę koncertową. Dom bramny został przeznaczony na schronisko. Czego nie robią Makusyny? Urządzają w Siedlisku muzeum rzeźb kamiennych ściąganych z całego województwa. Bawią się co roku w zdobywanie zamku, szturmując wały i fosy, odbywają z wielką pompą rycerskie turnieje i święto Neptuna na Odrze. Wierni archeologicznej przygodzie wykopali złotą oprawę pieczęci, a ich zbiór osobliwości wzbogacił się o mnóstwo skorup, wśród których poczesne miejsce zajmuje nocnik księżnej pani.
– Siedlisko – powiada Czarnuch – stało się ośrodkiem, w którym znalazły kontynuację wszystkie dotychczasowe kierunki pracy. Mało – kontynuację. Siedlisko to milowy krok w rozwoju szczepu, to nowe wielkie zadanie... większe od możliwości. A wątpiącym w plany Cudaki śpiewają piosenkę z „Opery o Krzysztofie Kolumbie":
Widzę, że bohaterów nowy trud odstrasza. Już wolicie baranki i kanarki w klatce. Wasze marzenia – książka w różowej okładce, muzyczka przy obiedzie i ciepłe bambosze. Komu się takie szczęście uśmiecha – proszę! Ja na inną wyprawę wziąłem was z tawerny. Rzekłem: – Wracam na pokład. Za mną, kto mi wierny!
Zbigniew Czarnuch nie poprzestał na zamku. Kiedy po Zielonej Górze rozeszła się wiadomość, że żąda dla'siebie"szkoły, zawrzało od plotek i domysłów. Ach, więc celem wyprawy przystrojonej w romantyzm miał być dyrektorski fotel? Przyznajmy, rzadko się zdarza, by nauczyciel kandydował na dyrektora szkoły, jeśli nikt mu tego nie proponuje. Czarnuch nie ukrywał swoich intencji. Szczep to za mało. Siedlisko to mało. Jego program wychowawczy przestał się mieścić w ramach harcerstwa. W tym samym kierunku musi oddziaływać szkoła.
Czarnuch zaczął rozgrywać najtrudniejszą partię. Komentatorzy, których nigdy w tym kraju nie braknie, zapytywali:
– Czy nie za wiele zagarnia dla siebie ten pseudo - Makarenko?
– Jakiż normalny nauczyciel zechce się wyrzec prywatnego życia dla widzimisię dyrektora?
Istotnie, Czarnuch osiąga swoje cele przez wiele wyrzeczeń. Przekreślił to, co zwykliśmy nazywać osobistym życiem. Jego młodość upływa na lekcjach i zbiórkach. Zielonogórska fama głosi, że przez jakiś czas widywano druha Czarnucha na wernisażach i w teatrze w towarzystwie miłej osóbki. Potem znowu zjawiał się samotnie. Jakaż kobieta wytrzyma ciągłą obecność czeredy smarkaczy? Makusyny mają wstęp do mieszkania druha o każdej porze dnia i nocy. Właśnie nocą najczęściej nachodzi człowieka Weltschmerz. Ileż wątpliwości niesie ze sobą wiek wkraczania w dojrzałe życie? Koniu się zwierzyć, jeśli nie druhowi, który odczuwa i rozumie młodzież?
W domu Czarnucha obraduje zazwyczaj sztab Makusynów.
Człowiek, w którym kochają się na zabój wszystkie dorastające druhny, mieszka sam jeden w cichej uliczce.
Dyrektorskie zamiary Czarnucha napotkały na opór grona nauczycielskiego. Narzucanie dyrektora – mówiono w kuratorium – byłoby sprzeczne z demokracją.
Czarnuch był rozgoryczony. Myślałam wtedy, że odejdzie, rzuci to wszystko i gdzie indziej spróbuje zaczynać od początku.
A jednak nie dał się „zbyć demokratycznie".
Został dyrektorem w swojej własnej szkole. Uczy tam razem z nim kilku Makusynów, już po studiach. Uczą też nauczyciele nie we wszystkim podzielający poglądy zwierzchnika. Wiem, że dochodzi do spięć. Czarnuch nie jest obrazem samych cnót i zalet, nie jest ideałem w pożyciu na co dzień. Zagadnęłam go kiedyś, czy przyjmie na powrót do szkoły, po długim urlopie, nauczycielkę, którą uważam za obdarzoną zdumiewającym talentem.
– Nie wiem – zawahał się Czarnuch – czy pani nie sądzi, że dwie indywidualności w jednej szkole to odrobinę za dużo?
Nauczycielka wróciła do szkoły. Słyszę, Czarnuch liczy się z jej zdaniem, chociaż nie lubi zmieniać poglądów na żadną sprawę.
Przez rok umyślnie nie pojawiałam się w szkole dyrektora Czarnucha, która podobno różni się od innych szkół. Najlepszemu uczniowi wolno obniżyć stopień za aspołeczną postawę. Według niektórych komentatorów Czarnuch daje młodzieży za dużo swobody.
Przyszłam po roku.
– Mogę pani opowiedzieć parę ciekawostek – zaczął Czarnuch. – Ale wyniki? Mój Boże, o wynikach będziemy rozmawiać za ładne dziesięć lat, kiedy dzisiejsze ośmiolatki dojdą do matury.
Wątpię, czy starczy mi cierpliwości, aby dopisać epilog reportażu o Makusynach.
Niedawno czytałam osobliwą rozprawę Makusynów – o sobie. Składa się ona z wycinków gazet i fragmentów kronik, z refleksji druha Czarnucha i z felietonów jego wychowanków. Napisali coś, co, jak twierdzi Czarnuch, nie jest ani powieścią, ani monografią, ani reportażem. Ale czy to jest istotne? Istotne, że to wszystko prawdziwe i przeżyte.
(Zdjęć nie udalo mi sie dodać)

























Kontakt:
Makusyn w Konkursie im. Morawskiego
"... W dziedzinie poezji: II miejsce Czesław Markiewicz z Zielonej Góry..." - takze Makusyn... wiesci podaję za
http://www.gorzow24.pl/news/7598/literaci-nagrodzeni.html
Bardzo dużo
Bardzo dużo informacji...przyznam, że przeczytałam z zaciekawieniem
Maku Syny , Maku Córy
@Meg:Ulka Dudziak jest rownież Makucórką... Na obozach w Siedlisku bywal rownież Machalica - tam wlasnie po raz pierwszy dosiadl konia na oklep...
Niemcy docenili Z. Czarnucha,
Niemcy docenili Z. Czarnucha, a Polacy? Dobrze, że piszecie, o jego życiu, pasjach i postawie. Często bywa tak, że zaczynamy pisać za późno - jak nie ma już człowieka. Dzięki Roman.
Dzięki za artykuł :) Zawsze
Dzięki za artykuł :) Zawsze żałowałam, że Siedlisko jest dość daleko od Gorzowa i że mieszkając tu, raczej nie można należeć do Makusynów. Jako harcerka zazdrościłam im :)) Odwiedzałam zamek kilka razy - już w dorosłym życiu. Jak wspominałam - tamtejsze mury MÓWIĄ i to dużo...
wydaje się nieprawdopodobne
Gdyby nie poważne komentrze ,pomyślałabym, że faktycznie to tylko wymyślona opowieść....Nieprawdopodobne...Jak szczęśliwi są teraz ci ludzie ,którzy mogli być kiedyś w szczepie Makusynów u boku Takiego Wychowawcy.
Dzięki, Panie Romanie za ten artykuł
pozdrawiam
Dlaczego pod tym artykułem
Dlaczego pod tym artykułem jest prawo do głosu a pod wieloma innymi nie ma?
do Redakcji -ważne!!!
Komentarz do tego art już napisałam...
Ale teraz nie na temat.Już przed południem napisałam do red na GG,że nie ma miejsca na komentarze i oceny pod art Pani Magmag. I cisza
Brawo !
Brawo !
http://www.zgora.pl/studiazie
http://www.zgora.pl/studiazielonogorskie/studia11/czarnuch.htm
Gratuluję Romanie. I tu Cię
Gratuluję Romanie. I tu Cię mam. Wciąż na "nie", chętny do przedziwnych dyskusji, wyrażający kontrowersyjne poglądy - a tu wyłazi z Ciebie wrażliwość, ciepło i zachwyt.
Hmmmm...
@rodorek::)