drukuj

Makusyny - czyli jeszcze o Zbigniewie Czarnuchu

Nie wiem, czy tylko zbieg okoliczności zadecydował o zjawisku, któremu na imię druh Czarnuch. Gdyby nauczyciel Zbigniew Czarnuch, urodzony pedagog, nie pojawił się w Zielonej Górze, to trzeba by go było wymyślić.

Czyż wzbierająca fala wyżu demograficznego nie wymaga wyjątkowych zabiegów wycho­wawczych? Nowe pokolenie, dzieci i wnuki pionierów, stanowią bez mała połowę miesz­kańców miasta.

Zbigniew Czarnuch ściąga na siebie uwagę. Budzi zachwyty i protesty. Wśród pedagogów opinie są podzielone. Jedni twierdzą: fenomen, inni – zupełny wariat. Pytają: kim on wła­ściwie chce być? Makarenką, Korczakiem? Czarnuch chce być przede wszystkim sobą.

Uczy historii. Zasłynął jednak głównie jako twórca harcerskiego szczepu Makusynów.

Makusyny – znaczy synowie Makuszyńskiego.

– Dużo czasu strawiłem – powiada Zbig­niew Czarnuch – nad obrzędowością, wybo­rem patrona, nazwami zastępów. Sprawa jest zbyt poważna, by skazywać ją na przy­padek.

Wybrali na swego patrona Kornela Makuszyńskiego – pisał kiedyś dziennikarz Świata Młodych. – Gdyby pan Kornel jeszcze żył, to z pewnością pisałby teraz z odcinka na odcinek, z tygodnia na tydzień powieść o swych zielonogórskich chłopakach, o ich cyrku Cu­daków, najprzeróżniejszych wyprawach pod psem, o podwórkowych przedstawieniach dla całych gromad dzieciaków i stu pięciu innych sprawach.

– Dlaczego Makuszyński?

– Myślałem o możliwościach oddziaływania nie tylko postawą życiową, ale i czymś wię­cej. Pisarstwem. Stawiam za przykład weso­łych, żądnych wiedzy, szukających przygód bohaterów autora „Wyprawy pod psem".

Wiem, że Czarnuch umie dogadać się z mło­dzieżą. I dlatego skłonna jestem uwierzyć w przydatność pisarza, który wydaje nam się cokolwiek archaiczny. Czy świat urwisów i szlachetnych oryginałów potrafi dziś po­rwać wyobraźnię dorastającego pokolenia? Ma­kuszyński i beatlesi. Makuszyński i budowa la­sera. Coś się nie zgadza w tym zestawieniu. Czy przemawia do nich, wysiadujących przed telewizorem, półdobroduszny uśmiech pisarza, jego humor zaprawiony odrobiną smutku?

A przecież Kornel Makuszyński okazał się przydatny.

Widziany oczami Czarnucha nabrał nowego wyrazu. Świat przygód z nieco innej epoki za­czyna zabudowywać się na nowo. Odzyskuje blask wszystko, co jest w tej twórczości wiecz­nie dziecięce, młodzieńcze: tęsknota za przy­godą, głód uczuć, wiara w życie.

– Pani nie zauważyła, że na dnie każdej książki Makuszyńskiego kryje się optymizm?

Zbigniew Czarnuch objaśnia krótko swój pedagogiczny manifest.

– Chcę wychować człowieka zaangażowa­nego, zdolnego do przetworzenia świata.

Mój Boże – myślę – pierwszy lepszy ak­tywista wiejski snuje podobne objawienia.

Czarnuch uśmiecha się z ledwo dostrzegal­ną ironią.

– Rozumiem. To brzmi jak slogan. Czego chcę od wychowania? Młodzież szuka miejsca we współczesnym świecie. Lubić socjalizm, pojmować socjalizm – tego nauczy szkoła. Ale jak pracować w socjalizmie? W jaki sposób żyć? Chcę po prostu, żeby socjalizm nie był dla młodzieży tylko doktryną polityczno-filozoficzną, nauką, abstrakcją, lecz treścią działania. Młodzież lubi trudne walki, a my jej każemy zadowalać się grzecznością, odci­namy skrzydła. Nie robię nic nadzwyczajne­go. Pomagam Makusynom odnaleźć siebie, od­nosić maleńkie zwycięstwa i znosić potknię­cia, klęski, przede wszystkim uczę krytycyz­mu. Co leży u podłoża różnych małych świństewek, o których czasem głośno w prasie? Ludzie boją się, milczą. Szkolne pojęcie „piąt­ka ze sprawowania” stało się oczywistym anachronizmem, zgodą wychowawcy na posta­wę: siedź cicho i potakuj. Ja bym raczej sta­wiał stopnie za uczestnictwo w życiu społecz­nym.

Druh Czarnuch jest niewysoki, chłopięcy. Należy do tego typu mężczyzn, którzy zostają wiecznie młodzi. W momencie gdy zaczynał makusyńską przygodę, nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Tyle w nim energii i witalności, że nie zdarzyło mi się zauważyć, by był kie­dykolwiek zmęczony, chociaż kto inny na je­go miejscu padałby z nóg. Ale mimo to Czar­nuch nie sprawia wrażenia człowieka obda­rzonego wewnętrzną siłą cechującą wszelkich przywódców.

Rozmowy z Czarnuchem nie są łatwe.

Ile razy próbuję wydobyć tajemnicę powo­dzenia jego pomysłów, wygłasza formułki. Jak nudny belfer.

– Właściwie wszystko sprowadza się do wyboru. Ze stu rzeczy wybieram coś, co jest jakimś krokiem naprzód, i każdy osiągnięty stopień stanowi odskocznię do następnego. W wychowawcy cenię trzy cechy: doświadczenie, wyobraźnię i... szczyptę aktorstwa.

Albo:

– Wszystko należy robić tak, jak na to po­zwalają możliwości – tylko jeszcze lepiej.

To hasło, wypisane wielkimi literami, widziałam kiedyś na letnim obozie Makusynów.

Harcerze druha Czarnucha przeszli piechotą, przejeździli rowerami i samochodami, przepły­nęli kajakami pół Polski. Gdzieś na szlaku ko­czowniczej włóczęgi poznali Jerzego Litwiniuka, poetę i tłumacza, który odtąd wiernie im towarzyszy. Układa libretta przedziwnych oper, songi i piosenki. Najwięcej sławy przy­sporzył Makusynom teatrzyk „Cudaki", nie­podobny do żadnego innego zespołu dziecięcego w Polsce. Jest to żywiołowa zabawa w teatr, w cyrk, rewię, operetkę.

– Kładę nacisk na ekspresję, nastrój, na wydobycie z dziecka jego bezpośredniości i pro­stoty – oznajmia sam druh Czarnuch.

Zaczęło się od podwórkowego cyrku. Chłop­cy rozbijali namiot z niewielką areną pośrod­ku, zapraszając tłumek dzieci.

 

OBYWATELE ŚWIEŻEGO POWIETRZA I ZIELO­NEJ TRAWKI, WYTRZESZCZAJCIE GAŁY, NA­STAWCIE SŁUCHAWKI! ZACZYNAMY PRZED­STAWIENIE NA ARENIE... TU CYRK AURORA I AURELIA, CZYLI ORYGINALNE TRUPY W GOR­SECIE NA MOTOCYKLACH. OPRÓCZ TEGO SZY-KARNA PROGRAMA MARCOWA. SKOKI PRZEZ PŁONĄCE KOŁO, CZŁOWIEK – OSIOŁ, BEZ­USTANNY ŚMIECH, BEZDENNE KROWY, KTÓRE POŁYKAJĄ WSZYSTKO...

 

Właściwie mówiąc cały program był czaru­jącą pantomimą, ruchem, czystą improwizacją na tematy cyrkowe. Mimo woli myślało się, że tak naśladuje akrobatów i żonglerów dobry klown i tak bawią się w cyrk dzieci.

Zbigniew Czarnuch wspomina:

– Zauważyłem skłonność chłopców do po­drygów i rytmicznych gestów improwizowanych na poczekaniu. Co dalej? Podpowiadam zaba­wę w rewię i kabaret. Potrzeba nam krótkich tekstów, wpadających w ucho melodii i wiele ruchu.

Cudaki współtworzą teatrzyk. Przerabiają po swojemu gotowe teksty, układają własne. Urok tych występów polega na bezpretensjo­nalnym stylu. Żadnej minoderii, żadnego pozowania na aktorów. Wanda Chotomska po­wiada, że ze wszystkich zespołów harcerskich najbardziej podobają się jej Makusyny.

– Dlatego, że się bawią. A zarazem jest to przecież znakomita robota wychowawcza. Chłopak, który jest u nich konferansjerem, miał jakąś wadę dykcji. Mimo to, a może właś­nie dlatego, Czarnuch wypchnął go do konfe­ransjerki. Tak, to zespół bez primadonny. Ale za to Makusyny mają wyrobiony smak arty­styczny, lubią dobrą piosenkę, grają ciekawe teksty.

Cudaki popisywały się wielokrotnie w tele­wizji, ba, w interwizji. Fakt ten obrasta w ko­mentarze, nie zawsze przychylne.

–• Czarnuch szuka pochwał, uznania, rekla­my. Kto by pomyślał, że można zrobić karie­rę, bawiąc się w teatrzyki?

Zwolennicy i przeciwnicy Czarnucha do­strzegają to, co jest zewnętrznym pokazem, formę. Widziałam, druh też się kapitalnie ba­wi występami najmłodszych Makusynów. Jest to rodzaj hobby. Ale ów samorodny teatr wy­rasta z określonych koncepcji pedagogicznych. Nie sądzę, by mały konferansjer, o którym wspomina Chotomska, w wolnych chwilach ćwiczył wymowę z kamykami w ustach, z pew­nością jednak nabrał przekonania, że świat nie został stworzony tylko dla najzdolniejszych. Czarnuch przyjmuje jako zasadę: Prześcignij siebie! Nie faworyzuje przeciętności kosztem talentów. Przeciwnie – zachęca przeciętnych do zadań ponad siły. Nic nowego pod słońcem? Ależ Czarnuch nie odkrywa pedagogicz­nej Ameryki.

Odkrył podwórka jako teren harcerskiej eks­pansji. Nie pierwszy raz od początku świata, po raz pierwszy w Zielonej Górze. Podwórka to cały rozdział historii Makusynów. Rolę zwiadu* odegrały Cudaki z waganckim cyr­kiem. Potem przyszła kolej na wspólne zaba­wy z dzieciarnią spoza drużyny. Zabawy, któ­re były zawsze podchwytywaniem, podpatry­waniem mody panującej właśnie na podwórku. W Indian, w partyzantów, w wojnę polsko-• krzyżacką... Był konkurs rysunków na chodni­ku najruchliwszej ulicy, wystawa psów, maj-sterkowanie... Jeśli do tego dodać, że szturm na podwórka zrodził potrzebę urządzania har­cówek, miejsc na spotkania pod dachem, ła­twiej się pojmie znaczenie tego żywiołowego ruchu. Za harcówki służył raz stary gołębnik, to znów średniowieczna Wieża Głodowa. Na koniec ojcowie miasta podarowali Makusynom na harcówkę szklany domek, specjalnie wybudowany pawilon. I wtedy druh Czar­nuch najbardziej zadziwił miasto. Makusyny wynoszą się z podwórek, odstępują harcówki innym drużynom. Porażka? Częściowa. Ponoć zawiedli starsi, dorośli, nie okazując grupom podwórkowym obiecywanej pomocy.

Na nieoczekiwany odwrót złożyło się sporo przyczyn. Drużyna wyrosła na szczep, świtał pomysł tworzenia drużyn specjalistycznych, wydorośleli wodzireje z podwórek – szli na studia, do wojska. Ale główna przyczyna tkwi zdaje się w programowych założeniach Czar­nucha.

Powiada on:

– Nie raz spotykamy się z zarzutem, że wszystko zaczynamy, niczego nie kończymy. Ciągła improwizacja? Po trosze tak. W tym, co już osiągnęliśmy, tkwią zalążki czegoś zu­pełnie nowego. A młodzież nie znosi mono­tonii.

Ścieżki, którymi wędrowały Cudaki, porasta trawa zapomnienia.

Lecz pewnej wiosny nastąpił powrót Maku­synów na podwórka. Co prawda w nieco od­miennej misji. „Sztab Główny" ogłosił wielką wojnę podwórkową. Wojnę z brudem. Sprzą­taniem kierowały komitety obrony z komisa­rzami na czele. Każdej akcji towarzyszy od­powiedni rytuał. Po zabawie w porządki, która przyniosła coś pożytecznego i konkretnego, szczep wyprawił powitanie wiosny wedle sta­rosłowiańskich obrzędów.

Co jakiś czas życie szczepu przełamuje raz utrwalone schematy.

Nie mam pojęcia, gdzie się podziało makusyńskie muzeum osobliwości z latającą skrzy­nią, rogami renifera, z wiatrakami poruszany­mi świecą? Gdzie się podziały wyprawy na poszukiwanie prawdziwych wiatraków? Przez pięć lat z rzędu jeździli harcerze Czarnucha na wykopaliska do archeologów. Paru spośród nich studiuje teraz lub kończy archeologię. Pamiętam makusyński obóz rozbity obok roz­kopanego grodziska. Podobozy nosiły nazwy:

Drakogród – osada słowiańska, Karczma, Trampogród, Wiek XX. Karczma była ośrod­kiem wymiany, kupna, sprzedaży, rozrywki. W Trampogrodzie mieścił się hotel dla przy­jezdnych dzieci z miasta i pobliskich wsi. Wiek XX zamieszkiwali obozowi technicy.

Innym razem obóz wzorował się na modelu gromadzkiej rady narodowej. Z referatami bu­downictwa, kultury, oświaty, z GS-em, kinem i pocztą. Obiegową monetą były „draki" i„grandy".

I najwyższy stopień wtajemniczenia – za­bawa w państwo. Premier. Ministrowie, dy­rektorzy departamentów. Wojsko, pieniądze i... szkoła mówców. Za niedopełnienie obo­wiązków czekała dyrektorów departamentów osobliwa kara: kontemplacja w namio­cie sztabowym. Nie muszę dodawać, że fun­kcję premiera sprawował Czarnuch. Oto przy­kazania obozowej konstytucji:

 

KAŻDEMU – SZACUNEK I WYMAGANIA

NIE JESTEŚ SAM

PRZEŚCIGNIJ SIEBIE

JESTEŚMY KARNI, ALE SWOBODNI

JAK PRACA TO PRACA

 

Myślę, że przykazania zasługują na uwagę jako swoisty skrót wizji człowieka, obywatela. Praca, i to rzetelna, jest naczelnym obowiąz­kiem uczestników obozu. Dobrze wykonać swoją robotę – tylko tyle?

– Trzeba pamiętać – dodaje Czarnuch – że obóz zaszczepia instynkty pracy społecz­nej, przekazywania części własnego czasu i umiejętności na rzecz grupy, kolektywu.

Czarnuch uważa, że w epoce specjalizacji dużą rolę odgrywa włączanie młodzieży w ży­cie praktyczne. Drużyna techników zna się na samochodach i na radiofonii, umie prze­prowadzić linię telefoniczną. Czy tylko u Makusynów wiedza o technice ma być bazą no­wego typu inteligenta, którego działalność nie może polegać – jak niegdyś – na elokwen­cji? Ale Czarnuch nie fetyszyzuje techniki. Stara się łączyć elementy nauk ścisłych i hu­manistycznych. – Makuszyński – powiada – był pisarzem, ten fakt nie powinien pozostać bez wpływu na nasz szczep.

I Makusyny piszą. Piszą kroniki i pamięt­niki, układają księgę mądrości i księgę zasad i tradycji. To co w szkole jest obowiązkiem, przymusem – w drużynach staje się przy­jemnością, Przed wyjazdem za granicę groma­dzą informacje o kraju, w którym czeka ich międzynarodowy obóz, ślęczą w bibliotekach, wertują encyklopedie. To nic innego jak do­pełnienie pracy szkolnej.

Niepospolitość Czarnucha polega chyba na tym, że wciąż szuka dalej, bada, obserwuje, wyciąga wnioski. Kiedy zdawało się, że nic już nie wymyśli, wynalazł ruiny zamku na stałe obozy. Leży ten zamek w Siedlisku na wysokim brzegu Odry, wśród gęstej zieleni. Aż po rok 1945 jego brama była opatrzona napisem: „Tą drogą wyjechał w dniu pierwszego września 1939 roku rotmistrz książę Schoenaich Beuthen-Carolath na wojnę prze­ciw wrogom narodu niemieckiego – Polsce. Powrócił jako zwycięzca". Ród Schoenaichów słynął z polakożerstwa.

Ani się spodziewał rotmistrz von Schoenaich, wracając z wrześniowej wyprawy; że w jun­kierskim gnieździe zadomowią się polskie harcerzyki. Związana z zamkiem legenda stokroć bardziej makabryczna od opowieści o białych paniach, które lubią nocą nawiedzać pałace, dostarcza Makusynom emocji i zabawy. Otóż . legenda głosi, że znany z rozbojów w czasie wojny trzydziestoletniej Fabian von Schoe­naich co noc ucztuje w otoczeniu szkieletów. Niechby ktoś spróbował znaleźć się w roli Makusyna pełniącego wartę!

– Czarnuch? – mówiło się w Zielonej Gó­rze – do niego wszystko podobne, on gotów nawet uwierzyć w duchy.

Czarnuch uwierzył w swoich Makusynów i porwał się na rzecz niewiarygodną. Harce­rze odbudowują zamek, właściwie mówiąc oca­lałe częściowo fragmenty. W kręgu przycią­gania szczepu znajduje się od dawna wielu dorosłych mieszkańców miasta. Na makusyński apel pospieszyli z pomocą specjaliści. Czy emerytowany murarz pan Benedykt, który wieczorem po skończeniu pracy recytuje przy ognisku ułożony przez siebie wiersz o Maku-synach, nie jest żywcem wyjęty z powieści Makuszyńskiego? Dawna zamkowa kaplica słu­ży za salę koncertową. Dom bramny został przeznaczony na schronisko. Czego nie robią Makusyny? Urządzają w Siedlisku muzeum rzeźb kamiennych ściąganych z całego woje­wództwa. Bawią się co roku w zdobywanie zamku, szturmując wały i fosy, odbywają z wielką pompą rycerskie turnieje i święto Nep­tuna na Odrze. Wierni archeologicznej przy­godzie wykopali złotą oprawę pieczęci, a ich zbiór osobliwości wzbogacił się o mnóstwo skorup, wśród których poczesne miejsce zaj­muje nocnik księżnej pani.

– Siedlisko – powiada Czarnuch – stało się ośrodkiem, w którym znalazły kontynuację wszystkie dotychczasowe kierunki pracy. Ma­ło – kontynuację. Siedlisko to milowy krok w rozwoju szczepu, to nowe wielkie zadanie... większe od możliwości. A wątpiącym w plany Cudaki śpiewają piosenkę z „Opery o Krzy­sztofie Kolumbie":

Widzę, że bohaterów nowy trud odstrasza. Już wolicie baranki i kanarki w klatce. Wasze marzenia – książka w różowej okładce, muzyczka przy obiedzie i ciepłe bambosze. Komu się takie szczęście uśmiecha – proszę! Ja na inną wyprawę wziąłem was z tawerny. Rzekłem: – Wracam na pokład. Za mną, kto mi wierny!

Zbigniew Czarnuch nie poprzestał na zamku. Kiedy po Zielonej Górze rozeszła się wiado­mość, że żąda dla'siebie"szkoły, za­wrzało od plotek i domysłów. Ach, więc ce­lem wyprawy przystrojonej w romantyzm miał być dyrektorski fotel? Przyznajmy, rzadko się zdarza, by nauczyciel kandydował na dyrektora szkoły, jeśli nikt mu tego nie pro­ponuje. Czarnuch nie ukrywał swoich inten­cji. Szczep to za mało. Siedlisko to mało. Jego program wychowawczy przestał się mieścić w ramach harcerstwa. W tym samym kierunku musi oddziaływać szkoła.

Czarnuch zaczął rozgrywać najtrudniejszą partię. Komentatorzy, których nigdy w tym kraju nie braknie, zapytywali:

– Czy nie za wiele zagarnia dla siebie ten pseudo - Makarenko?

– Jakiż normalny nauczyciel zechce się wyrzec prywatnego życia dla widzimisię dy­rektora?

Istotnie, Czarnuch osiąga swoje cele przez wiele wyrzeczeń. Przekreślił to, co zwykliś­my nazywać osobistym życiem. Jego młodość upływa na lekcjach i zbiórkach. Zielonogór­ska fama głosi, że przez jakiś czas widywano druha Czarnucha na wernisażach i w teatrze w towarzystwie miłej osóbki. Potem znowu zjawiał się samotnie. Jakaż kobieta wytrzyma ciągłą obecność czeredy smarkaczy? Makusyny mają wstęp do mieszkania druha o każdej po­rze dnia i nocy. Właśnie nocą najczęściej na­chodzi człowieka Weltschmerz. Ileż wątpliwoś­ci niesie ze sobą wiek wkraczania w dojrzałe życie? Koniu się zwierzyć, jeśli nie druhowi, który odczuwa i rozumie młodzież?

W domu Czarnucha obraduje zazwyczaj sztab Makusynów.

Człowiek, w którym kochają się na zabój wszystkie dorastające druhny, mieszka sam jeden w cichej uliczce.

Dyrektorskie zamiary Czarnucha napotkały na opór grona nauczycielskiego. Narzucanie dyrektora – mówiono w kuratorium – by­łoby sprzeczne z demokracją.

Czarnuch był rozgoryczony. Myślałam wte­dy, że odejdzie, rzuci to wszystko i gdzie in­dziej spróbuje zaczynać od początku.

A jednak nie dał się „zbyć demokratycznie".

Został dyrektorem w swojej własnej szkole. Uczy tam razem z nim kilku Makusy­nów, już po studiach. Uczą też nauczyciele nie we wszystkim podzielający poglądy zwierz­chnika. Wiem, że dochodzi do spięć. Czarnuch nie jest obrazem samych cnót i zalet, nie jest ideałem w pożyciu na co dzień. Zagadnęłam go kiedyś, czy przyjmie na powrót do szkoły, po długim urlopie, nauczycielkę, którą uwa­żam za obdarzoną zdumiewającym talentem.

– Nie wiem – zawahał się Czarnuch – czy pani nie sądzi, że dwie indywidualności w jednej szkole to odrobinę za dużo?

Nauczycielka wróciła do szkoły. Słyszę, Czarnuch liczy się z jej zdaniem, chociaż nie lubi zmieniać poglądów na żadną sprawę.

Przez rok umyślnie nie pojawiałam się w szkole dyrektora Czarnucha, która podobno różni się od innych szkół. Najlepszemu ucz­niowi wolno obniżyć stopień za aspołeczną postawę. Według niektórych komentatorów Czarnuch daje młodzieży za dużo swobody.

Przyszłam po roku.

– Mogę pani opowiedzieć parę ciekawo­stek – zaczął Czarnuch. – Ale wyniki? Mój Boże, o wynikach będziemy rozmawiać za ładne dziesięć lat, kiedy dzisiejsze ośmiolatki dojdą do matury.

Wątpię, czy starczy mi cierpliwości, aby do­pisać epilog reportażu o Makusynach.

Niedawno czytałam osobliwą rozprawę Makusynów – o sobie. Składa się ona z wycin­ków gazet i fragmentów kronik, z refleksji druha Czarnucha i z felietonów jego wycho­wanków. Napisali coś, co, jak twierdzi Czar­nuch, nie jest ani powieścią, ani monografią, ani reportażem. Ale czy to jest istotne? Istot­ne, że to wszystko prawdziwe i przeżyte.

 

 

(Zdjęć nie udalo mi sie dodać)

Współpraca: Artykuł nieznanego autora - Archiwa Lubuskiej Prasy - lata '60 XX wieku
Roman
Autor:Roman

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Roman
Roman sob., 2009-10-17 14:57

Makusyn w Konkursie im. Morawskiego

"... W dziedzinie poezji: II miejsce Czesław Markiewicz z Zielonej Góry..." - takze Makusyn... wiesci podaję za

http://www.gorzow24.pl/news/7598/literaci-nagrodzeni.html

Meg
Meg sob., 2009-10-17 15:04

Bardzo dużo

Bardzo dużo informacji...przyznam, że przeczytałam z zaciekawieniem

Roman
Roman sob., 2009-10-17 16:05

Maku Syny , Maku Córy

@Meg:

Ulka Dudziak jest rownież Makucórką... Na obozach w Siedlisku bywal rownież Machalica - tam wlasnie po raz pierwszy dosiadl konia na oklep...

Patryk
Patryk sob., 2009-10-17 15:34

Niemcy docenili Z. Czarnucha,

Niemcy docenili Z. Czarnucha, a Polacy? Dobrze, że piszecie, o jego życiu, pasjach i postawie. Często bywa tak, że zaczynamy pisać za późno - jak nie ma już człowieka. Dzięki Roman.

Patryk
Magmag
Magmag sob., 2009-10-17 17:00

Dzięki za artykuł :) Zawsze

Dzięki za artykuł :) Zawsze żałowałam, że Siedlisko jest dość daleko od Gorzowa i że mieszkając tu, raczej nie można należeć do Makusynów. Jako harcerka zazdrościłam im :)) Odwiedzałam zamek kilka razy - już w dorosłym życiu. Jak wspominałam - tamtejsze mury MÓWIĄ i to dużo...

........................................................................................................................................................................ Dla zdrowia dobrego, trzeba serca wesołego...czego i Wam życzę...Maria Gonta
Łuka
Łuka sob., 2009-10-17 17:22

wydaje się nieprawdopodobne

Gdyby nie poważne komentrze ,pomyślałabym, że faktycznie to tylko wymyślona opowieść....Nieprawdopodobne...Jak szczęśliwi są teraz ci ludzie ,którzy mogli być kiedyś w szczepie Makusynów u boku Takiego Wychowawcy.
Dzięki, Panie Romanie za ten artykuł
pozdrawiam

Łuka
Frank
Frank sob., 2009-10-17 17:42

Dlaczego pod tym artykułem

Dlaczego pod tym artykułem jest prawo do głosu a pod wieloma innymi nie ma?

Pozdrawia Frank - wróciłem po ciężkiej operacji. Wszystko przeczytam i skomentuję.
Łuka
Łuka sob., 2009-10-17 18:00

do Redakcji -ważne!!!

Komentarz do tego art już napisałam...
Ale teraz nie na temat.Już przed południem napisałam do red na GG,że nie ma miejsca na komentarze i oceny pod art Pani Magmag. I cisza

Łuka
TJK
TJK sob., 2009-10-17 19:03

Brawo !

Brawo !

rodorek
rodorek sob., 2009-10-17 19:47

Gratuluję Romanie. I tu Cię

Gratuluję Romanie. I tu Cię mam. Wciąż na "nie", chętny do przedziwnych dyskusji, wyrażający kontrowersyjne poglądy - a tu wyłazi z Ciebie wrażliwość, ciepło i zachwyt.

Nie dopuść, żeby Twoje marzenia zarosły zielskiem:)
Roman
Roman sob., 2009-10-17 20:57