Aż trudno uwierzyć, że po niegdysiejszym zagłębiu hutniczym pozostało tak niewiele. Trochę może przesadziłam z tym „zagłębiem”, niemniej na przełomie wieków XVIII i XIX, w obu wioskach działały 3 całkiem spore kuźnice współpracujące z hutą w Witnicy. Były tu stalownie, wytwórnie blach, szlifiernie i cynkownie. Produkowano żelazo w sztabach, drut, gwoździe, igły, narzędzia gospodarskie (szufle, szpadle, łopaty, kosy, piły i taśmy, z których wytwarzano potem obręcze na beczki).


Za czasów Fryderyka II były to nawet „manufaktury zmilitaryzowane”, bo wytwarzano tu kartacze, czyli artyleryjskie pociski rozpryskowe. Raziły one do 300 m i potrafiły zawierać do 500 lotek. W XVIII w. były bronią iście śmiercionośną.

 

Zaprzęgnięta wówczas do pracy rzeczka Santoczna, dziś regeneruje się na zasłużonej emeryturze. Nie przypomina jednak wcale wiekowej, spracowanej damy, bo…nadal uwodzi swoim urokiem. Gibka, niczym młoda dziewczyna, wije się wśród lasów Puszczy Gorzowskiej. Zalotnie błyska między bukami w zdroiskim rezerwacie. Gdzieniegdzie na jej brzegach ostały się jeszcze relikty z czasów, gdy karnie zasilała młyńskie koła. Przyroda stara się jak może, by ślady te były jak najmniej widoczne. Jej zwycięstwo to tylko kwestia czasu.

 

Dawne osady fabryczne wyglądają dziś jak bombonierki, tylko zamiast równiutko ułożonych czekoladek, wypełnione są różnej wielkości domkami. Jeden z magazynów fabrycznych huty w Santocznie zaadaptowano na kościół już w roku 1767. Wieżę i empory dobudowano znacznie później. Całość tworzy nietypową - jak na kościół – bryłę, ale nikt nie odbierze świątyni swoistego uroku.

 

W obu wioskach zadbano o to, by przypadkowy turysta mógł poznać ich historię. Ustawiono w nich pamiątkowe kamienie, do których przymocowano tabliczki informacyjne. Ulubionym głazem mego Taty był ten ze Zdroiska. Można się z niego dowiedzieć, że produkowano tu (cytuję fragment oryginalnego napisu) „AMONICJĘ ALTYRELYJSKĄ”. Swego czasu nawet Ojciec namawiał, abym napisała o tym artykuł, ale ciągle jakoś „nie składało się”.

 

W obu wioskach można także obejrzeć nietypowe pomniki poświęcone ich mieszkańcom poległym w I wojnie i zadumać się na chwilę przy niewielkich lapidariach.

 

Jeżeli ktoś z Was zdecyduje się na wędrówkę po okolicznych lasach, może przy odrobinie szczęścia uda mu się odnaleźć dąb, który nazwaliśmy kiedyś „Patriarchą”. Dla mnie ten dąb, to jak wehikuł czasu – u jego stóp przenoszę się w lata dzieciństwa. Kiedy - po z górą 40 latach - postanowiliśmy sprawdzić, czy nadal tam stoi, na wyprawę zabraliśmy przyjaciół z UTW. Z niekłamaną ulgą stwierdziliśmy – jest, stoi i ma się dobrze. Majestatyczny, dumny, jak tylko dęby potrafią. Drzewo mojego dzieciństwa. Drzewo wspomnień. Życzę Wszystkim wielu takich drzew na turystycznym szlaku.

 

Opisałam dziś Państwu jedno z moich miejsc sentymentalnych i wyjątkowo pozwalam sobie też na dedykację. Poświęcam ten artykuł memu Tatcie – Alfredowi – ponieważ powstał z Jego inicjatywy. Nie da się również ukryć, że to właśnie On wpoił mi miłość do tych miejsc.