drukuj

Dla tych, którym tęsknota doskwiera – migawki zabużańskie

Na Niemen można patrzeć godzinami

Wielu z nas odczuwa nostalgię. Dziwna to tęsknota, bo do miejsc, w których nigdy nie byliśmy. Przenoszą nas tam opowieści bliskich, brzmiące częstokroć jak bajka. Nie zastanawiamy się nawet, jak tam teraz wygląda, bo mijające lata musiały wiele pozmieniać. A może jednak nie?

Postanowiliśmy to sprawdzić. Prawie 10 lat temu wyruszyliśmy we czworo w sentymentalną podróż. Pod płaszczykiem Szlaku Mickiewiczowskiego postanowiliśmy uszczknąć coś dla siebie. Baranowicze i Pińsk - miejsca narodzin moich rodziców. Żadne z nich nie było tam od dnia wyjazdu. Tata opuszczał Pińsk w pospiesznej ucieczce razem z matką i trzema starszymi siostrami, krótko po Bożym Narodzeniu 1939, mama – razem z rodzicami wyjechała z Baranowicz w transporcie repatriantów w 1945 r.Poznali się i pokochali już w Gorzowie.

Kiedyś przez kraj Wielkiego Brata przejeżdżało się z klapkami na oczach, po wyznaczonych trasach i do konkretnego miejsca. Teraz mogliśmy sobie pozwolić na dowolne poruszanie się, gdzie tylko nas oczy poniosą. Bez dodatkowego zezwolenia.

Białoruś. Szeroko pojęty szlak mickiewiczowski. Cudnie się nim jedzie z „Balladami" w ręku w roli przewodnika:
Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje,
W prawo łóz gęsty zarostek,
W lewo się piękna dolina podaje
Przodem rzeczułka i mostek
W Rucie naprawdę niewiele się zmieniło od czasu pobytu wieszcza:
Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,
Obok dzwonnicy zrąb zgniły,
A za dzwonnicą chrośniak malinowy
A w tym chrośniaku mogiły

Pierwsze zetknięcie z tym wszystkim było dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Najpierw Twierdza Brzeska, gdzie tata wraz z siostrami i matką spędzili długie, zimowe tygodnie. Trafili tam, kiedy "przewodnik", zamiast przeprawić ich przez zamarznięty Bug, przeprowadził przez Muchawiec, prosto w ręce sowietów. Jechali pod Warszawę do ojca, któremu cudem tylko udało się uniknąć losu innych polskich policjantów, a wylądowali za murami twierdzy.

Potem Baranowicze. Mama wydaje się zagubiona. Sprzed 56 lat (kiedy stąd wyjeżdżała) pamięta tylko wielki dworzec, drewniane domy, cmentarną cerkiew (do której było najbliżej) i drzewa wokół niej. Ukrywała się pod nimi podczas nalotów. Teraz stoi w obcym, wielkim mieście, którego nie poznaje. Tylko dworzec wydaje się taki sam. Jest zdenerwowana i tak oszołomiona, że mimo trzydniowego pobytu, nic nie może sobie przypomnieć. Nie pozwala nawet robić zdjęć. Dopiero w czasie kolejnych przyjazdów (w następnych latach) z zakamarków jej pamięci powoli wyłaniają się obrazy, ale to już zupełnie inna opowieść.

Z Baranowicz jedziemy do Pińska. Pamiętam z dzieciństwa te żartobliwe, słowne przepychanki rodziców, w których często przewijały się „pińskie błota". Teraz będę miała okazję sprawdzić, jak naprawdę wyglądają. Tata jest wyraźnie podekscytowany.To pierwsza jego wizyta po 61 latach. Trochę jest zawiedziony, że bagna jakby wyschnięte... Potem okaże się, że jednak są, tylko ich obszar znacznie się skurczył.

Dojeżdżamy do miasta. Tata jest w lepszej sytuacji niż mama, bo Pińsk w sumie niewiele się zmienił. Miasto o historii większej niż jego rozmiary i pełne historycznych pamiątek. Także tych, świadczących o polskim okresie jego dziejów. Robimy tacie pamiątkowe zdjęcie przy dworcu kolejowym, na który - jak wspomina rozbawiony – wyprawił się kiedyś samodzielnie (jako obrażony kilkulatek) uciekając z domu do babci, do Warszawy. Ciągnął wtedy za sobą samochodzik na sznurku, organizujemy mu więc zabawkę zastępczą i robimy zdjęcie. Z przyjemnością obserwuję tego szczupłego mężczyznę z przyprószoną siwizną czupryną. To mój tata? Wygląda jak rozbrykany chłopiec.

To był tylko rekonesans. Rodzice muszą oswoić się z własnymi odczuciami. Wrócimy tu jeszcze w kolejnych latach. Teraz jedziemy dalej, poznawać miejsca związane z naszą polską historią.

Z pierwszego pobytu na Białorusi utkwiły mi w pamięci trzy obrazy:
1 – starszy pan, pochylający się w zadeszczonym zagajniku nad głazem, zwanym „Kamieniem Maryli". Pan, który śpiewnie recytował swój wierszowany życiorys, okazał się być poetą, nazywanym żartobliwie „Najstarszym Kochankiem Maryli". Michał Wołosewicz (bo o nim tu mowa) znał każdy szczegół z życia Wereszczakówny, późniejszej Puttkamerowej. O sobie mówił, że nie wie już czy jest Polakiem, Litwinem, czy Białorusinem. Jest po prostu stąd. Tomik jego wierszy przyjechał z nami do domu.
2 – dwie Białorusinki z Tuchanowicz, skaczące sobie do oczu po tym, jak zapytaliśmy o drogę do „Altany Maryli". Jedna każe jechać w prawo. „Ty głupia, to zupełnie nie tam" – mówi druga i wskazuje na lewo. Dla pewności sprawdziliśmy obie wersje. Jedna droga zaprowadziła nas do owej altany, druga – do Kamienia Filaretów.
3 – znikająca powoli z powierzchni ziemi wioska Bohatyrowicze i nasza nocna, oświetlona tylko płomieniem świecy, wyprawa na grób Jana i Cecylii. Dzięki uprzejmości Państwa Bohatyrewiczów nocowaliśmy w starej, ponadstuletniej chałupce, pamiętającej czasy Orzeszkowej. Przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze Mogiłę Powstańców i obiecaliśmy powrócić za rok.

Dopełniliśmy obietnicy. Kilka następujących po sobie lat przeznaczyliśmy na zabużańskie wędrówki. Wszystkie były bardzo wzruszające. Odnalazłam grób babci, odszukaliśmy mamine kuzynki, poznaliśmy wiele ciekawych miejsc. Tam wykiełkowała moja genealogiczna pasja i tam ciągną mnie nie tylko miejsca znane z rodzinnych opowieści. Może jeszcze pojadę.

Zdjęcia

  • Na Niemen można patrzeć godzinami
  • Wrzesień 1933. Moja babcia w Baranowiczach
  • Moja mama na ul.Szeptyckiego w Baranowiczach.
  • Mama z kuzynami w pobliżu domków kolejarskich w Baranowiczach.
  • Dworzec Baranowicze Poleskie obecnie.
  • Przedsmak pińskich błot
  • Dworzec kolejowy w Pińsku
  • Katedra pińska
  • Bolcieniki –pan Wołosewicz przy Kamieniu Maryli
  • Tuchanowicze – Głaz Filaretów
  • Tuchanowicze – Altanka Maryli
  • Drogowskaz do Bohatyrowicz
  • Jeden z domów w Bohatyrowiczach
  • Mogiła Powstańców nad Niemnem
  • Moi rodzice krótko po przyjeździe do Gorzowa
  • Rok 1950 - dzień ślubu moich rodziców. Gorzów.
Programowa optymistka. Genealog amator hołdujący norwidowskiej zasadzie "Żeby mierzyć drogę przyszłą, trzeba wiedzieć, skąd się wyszło". Włóczykij z urodzenia.
Magmag
Autor:Magmag

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Meg
Meg pon., 2010-09-13 10:14

...znowu coś mi zagrało

...znowu coś mi zagrało cichuteńko w sercu, i znowu zastanawiam się czy mi uda się odwiedzić miejsca urodzenia i dorastania Moich Rodziców...?

Magmag
Magmag pon., 2010-09-13 20:24

Dzięki za te linki.

@Corve:

Dzięki za te linki. Zajrzałam, przeczytałam, popieram.

........................................................................................................................................................................ Dla zdrowia dobrego, trzeba serca wesołego...czego i Wam życzę...Maria Gonta
Danuta32
Danuta32 pon., 2010-09-13 11:42

Fajna sentymentalna

Fajna sentymentalna wycieczka, ladnie opisana i do tego z tatą.

Mieszkam w Gorzowie piąty rok. Pozdrawiam Danuta
sylwia197225
sylwia197225 pon., 2010-09-13 13:30

Coś w tym jest;)Moja babcia

Coś w tym jest;)Moja babcia pochodziła z Francji,ale nie dane było jej nic zachować z tamtych lat.Jej matka jakoś nie miała głowy do tego,żeby zostały pamiątki.Zresztą jako mała dziewczynka została oddana pod opiekę przyszywanej "cioci".W czasie wojny wyjechały do Polski i coraz rzadziej przyjeżdżała w swoje rodzinne strony.

Yeh lamhe judaai ke
AnnaMaria
AnnaMaria pon., 2010-09-13 14:25

Wszyscy co żyją w mojej

Wszyscy co żyją w mojej rodzinie urodzili się po wojnie. Wiemy skąd pochodziła babcia i dziadek z obu stron ale nikt z nas nigdy nie pomyślał żeby pojechać w ich strony rodzinne. Bardzo ładne wspomnienie. :)))

edy
edy pon., 2010-09-13 19:39

Piękna, wzruszająca opowieść.

Piękna, wzruszająca opowieść. W przyszłym roku planuję podróż do stron rodzinnych moich rodziców, babci...Nigdy nie byłem w Krzemieńcu i moim marzeniem jest odwiedzenie tych stron. Z wiekiem coraz bardziej mnie tam ciągnie... Zdjęcia kapitalne.

Magmag
Magmag pon., 2010-09-13 20:19

Edy

@edy:

do Twoich rodzinnych stron nieco łatwiej dojechać (nie potrzeba wizy) i szczerze Ci życzę, by zamierzenia udało się zrealizować.

........................................................................................................................................................................ Dla zdrowia dobrego, trzeba serca wesołego...czego i Wam życzę...Maria Gonta
Magmag
Magmag pon., 2010-09-13 20:17

:)

Zdjęcia rzeczywiście robione analogiem i to takim, który już nam odmawiał posłuszeństwa (stąd te plamy jasności na niektórych fotkach), a znaczników daty nie widać, bo przykadrowałam nieco niektóre skany.
No i strzeliłam byka w tekście - odnalazłam w Pierechreściu grób prababci (obie moje babcie dotarły do Gorzowa)

........................................................................................................................................................................ Dla zdrowia dobrego, trzeba serca wesołego...czego i Wam życzę...Maria Gonta
rodorek
rodorek pon., 2010-09-13 21:10

Podróż

Podróż sentymentalna...pięknie opisałaś swoją wyprawę w poszukiwaniu przeszłości:) Trzy lata temu pojechałam z Mamą do miejsca, w którym się urodziła i mieszkała do 18 roku życia.Mama nie była tam ponad 30 lat, a ja pojechałam po raz pierwszy. I nagle te wszystkie Mamine opowieści, które dotychaczas wydawały mi się czymś nierealnym, niemożliwym - stały się rzeczywistością. A wzruszenia i łez Mamy, nie zapomnę nigdy...

Nie dopuść, żeby Twoje marzenia zarosły zielskiem:)
Kleofas
Kleofas wt., 2010-09-14 01:09

To ja szybko dopowiem, dla czytającym MM-Gorzów a nie będących..

z Gorzowa....

Nie ma się co bać, nie każdy mieszkaniec tego miasta jest z "za Buga", jak można byłoby nietrafnie wyczytać...

Moi dziadkowie byli spod Poznania, do Gorzowa trafili z obozu repatriacyjnego w Hannover (Niemcy). Dziadek z offlagu, później z więzienia w Berlinie, Babka z kilku obozów śmierci, m.in. Saschenhausen i Ravensbruck...

Tak więc, można śmiało w Gorzowie rozmawiać w języku polskim, klasycznym.

A nie tylko w tym, z "zia Bugła"...

Gorzów - przyśnij !!!! Kleofas Szarmancki - www.kleofas.com.pl (strona w przygotowaniu)
Magmag
Magmag wt., 2010-09-14 06:14

Taka mała dygresja...

... chciałabym zwrócić uwagę Kleofasowi, że właściwie tylko na ziemiach zwanych dawniej "odzyskanymi" (czy wyzyskanymi) można się najłatwiej dogadać w języku polskim, nazwanym przez niego "klasycznym"(czego nie można powiedzieć o wielu regionach kraju używających specyficznej gwary). Tutaj ludzie musieli się nauczyć języka literackiego z konieczności, żeby porozumieć się między sobą.
Moi dziadkowie (i nie tylko oni) mimo przyjazdu zza Buga mówili najczystszą polszczyzną.

........................................................................................................................................................................ Dla zdrowia dobrego, trzeba serca wesołego...czego i Wam życzę...Maria Gonta